Gdy dojeżdżałam do Pszczółek właśnie skończyła się ulewa, a zza chmur wyglądało już słońce. Od razu ruszyłam w las, za to wieczorem czekała mnie niespodzianka – wujkowe opowieści i szczur w roli głównej.

Uwielbiam takie chwile, gdy siedzimy sobie na wsi, nigdzie się nie spiesząc, a z zakamarków pamięci wyłaniają się różne historie. Skrzętnie je zbieram, choćby były zaledwie jednym kadrem, a nie całym filmem. Zapraszam Was więc w pszczółeckie lasy okraszone wujkowymi opowieściami.

Pszczółki czy Szczur? Oto jest pytanie…

Wieś Pszczółki, gdzie mam nadzieję w przyszłym roku zamieszkać i o której już trochę pisałam, to maleńka wioska, według spisu z 2021 roku licząca zaledwie 127 mieszkańców. W zasadzie z tej wioski wszędzie jest daleko. Do innej najbliższej wsi jest ponad kilometr, do najbliższego miasta prawie 10 kilometrów, ale za to okolice? Piękne! Lasy, łąki, pola, rzeczka, staw, rozlewiska, bagna, pagórki, cisza, ani śladu przemysłu, zero szumu aut. I niech tak zostanie.

Miejsce, gdzie nabyłam działkę, znajduje się praktycznie na samym końcu wsi, pod lasem, a dokładniej – w tej części, która kiedyś nazywała się Szczur. Tak, nazwa niezbyt wdzięczna i wielu źle się kojarząca, bo kto lubi szczury, stąd byłam ciekawa, skąd się wzięła. I tu z pomocą przyszedł mój Wujo, który w tej wsi mieszka.

Według jego pamięci i tego, co opowiadał mu jego Ojciec, a mój Dziadek, nazwa Szczur wzięła się od nazwiska pewnego młynarza, który ponoć pod koniec XVIII wieku na rzeczce Kiełbaska (która przez dawny Szczur przepływała, jakieś 100 metrów od mojej działki) miał niewielki młyn. Rzeczony młynarz nazywał się ponoć Szczurzyński.

Ale to nie wszystko. Prawdopodobnie głównym powodem powstania nazwy tego miejsca Szczur było to, że w tym młynie było bardzo dużo szczurów. A ludzie jak to ludzie, zamiast mówić jadę do młynarza Szczurzyńskiego, mówili jadę „na szczur”. Czy tak faktycznie było? Tego z żadnych dokumentów nie wiem, ale takie opowieści – moim zdaniem –  kryją w sobie ziarno prawdy. Przekazywane z pokolenia na pokolenie tworzą też swoją historię.

Dziś po młynie Szczurzyńskiego nie ma żadnego śladu, przyznam, że nawet zdziwiłam się, że na tak małej rzeczce jak Kiełbaska (ciekawe, skąd ta nazwa?), w ogóle był młyn, ale też uświadomiłam sobie, że ta rzeczka przecież mogła – i zapewne tak było – wyglądać wtedy zupełnie inaczej. Dziś jest mała, z porośniętym roślinnością brzegiem tak bardzo, że momentami prawie niewidoczna. Młyn więc został tylko w opowieści. No i przetrwała nazwa Szczur.

Kto był pierwszy? I co ma do tego węgiel drzewny?

Dziś, bez zaglądania w archiwalia, trudno powiedzieć, kto pierwszy sprowadził się na Szczur/Pszczółki. W spisie geograficznym miejscowości znalazłam na razie jedynie informację, że w 1830 roku były tam tzw. 3 dymy, czyli trzy gospodarstwa. Czy jednym z nich było domostwo tzw. Obłąka albo Obłona, tego nie wiem, ale jego historia o tyle mnie ciekawi, że zostało po nim stare drzewo – wielki kasztan, który według wujkowych opowieści rósł na środku podwórka.

Dziś to miejsce, znajdujące zaledwie 20 metrów od mojej działki, porasta las z niewielką polaną, na której jest rzeczony kasztan. Ile razy tam jestem, to lubię sobie wyobrażać, jak być może stały pod nim kiedyś ławka i stół, w jego cieniu siadali sobie ludzie, jedli, rozmawiali i odpoczywali po pracy. A pracę mieli ciężką.

Z tego, co Wujo pamięta z opowieści Dziadka a mojego pradziadka, rodzina ta zajmować się miała wyrobem opałowego węgla drzewnego, coś jakby drzewnego koksu. Procedura podobno była taka. Trzeba było nazbierać lub naścinać pni drzew liściastych (np. olcha), włożyć je do dołu, podpalić i przysypać ziemią. Takie drzewo miało się tlić w dole pod ziemią przez kilka miesięcy. To, co z tego powstało, służyło potem jako paliwo do wytopu rud żelaza.

Na ile rzeczywiście tak było, też pewności nie mam, jeśli więc coś wiecie o takim sposobie otrzymywania węgla drzewnego, napiszcie w komentarzu, bo jestem bardzo ciekawa, na ile ta opowieść ma odniesienie do rzeczywistości.

I jeszcze trochę o szczurze, czyli tajemniczy szczurołap

Ze szczurami wiąże się jeszcze inna inna opowieść, tym razem dotyczy majątku w Przeczni lub Przeczniach, miejsca, które znajduje się pomiędzy Pszczółkami a najbliższą wsią, czyli Zalesiem. Ślady po majątku są do dziś, stare zabudowania cegły, ale w pamięci Wuja przetrwała jeszcze taka oto historia. Miała się ona wydarzyć jakoś tak na początku XX wieku.

W rzeczonym majątku, w którym hodowano liczne świnie i inne zwierzęta gospodarskie, też było dużo szczurów, tak dużo, że ponoć groziło to katastrofą dla gospodarstwa. Próbowano więc różnych sposób, by się szczurów pozbyć, i żadne nie pomagały. Aż wreszcie ktoś właścicielowi majątku polecił pewnego człowieka, który potrafił rozprawić się ze szczurami.

Sprawa być może nie byłaby niezwykła, bo przecież zawód szczurołapa istniał już od średniowiecza, gdyby nie sposób, jaki ten tajemniczy człowiek zastosował. Mianowicie – tak wynika z zapamiętanej przez Wuja opowieści – wyprowadził on wszystkie szczury z gospodarstwa do pobliskiego stawu, gdzie się po prostu potopiły? Jak to zrobił? Trudno wytłumaczyć, ponoć ten człowiek coś szeptał czy śpiewał, a szczury szły zanim jak zahipnotyzowane.

Owszem, przypomina to trochę bajkę, ale jeśli nawet, to ta historia jest na swój sposób fascynująca. Mnie na przykład zaintrygowała, by zacząć szukać coś o hipnozie zwierzęcej, zjawisku, które jak się okazuje, jest badane naukowo. Coś więcej na ten temat postaram się napisać innym razem, bo teraz zapraszam Was na fotki z pszczółeckich lasów, pól i łąk.

Już teraz zapowiadam, że mam w zanadrzu inne wujkowe opowieści, tym razem będą dotyczyć zdrowia i… hm… trochę czarów lub uroków. 


 

 

Wędruję, piszę i fotografuję, by oswajać przemijanie i inspirować do wędrówek, gdyż każdy czas jest dobry, aby ruszyć w świat. “Opowieści Wędrowne” to blog o tym, co możesz znaleźć, będąc w drodze.

Subscribe
Powiadom o
guest

2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Ewa
Ewa
27 dni temu

Bardzo lubię takie historie z przeszłości czekam na część 2. Pozdrawiam 😊