Z biegiem lat Babcię Zofię coraz bardziej ciągnęło do ziemi. Przygarbiona, z rękami założonymi na lędźwiach, jakby tam szukała wsparcia, z pochyloną głową chodziła wpatrzona w wydreptane ścieżki obejścia, lasów, łąk i pól. Znała je od dziecka i były dla niej całym światem.

Oswojone jej stopami, szeptami modlitwy i ciszą milczenia, prowadziły w zakamarki swojej natury i babcinej duszy. Czy chodząc tak, po swoim wiejskim świecie, marzyła o wielkich wyprawach na koniec świata? Czy tęskniła za nieznanym? Nie wiem.

Ale to wiatrowe ziele…

Życie mojej Babci nie rozpieszczało, ale nie utyskiwała. Wychowała czwórkę dzieci, przy ostatnim bardzo chorując, pracowała na gospodarce i ciągle miała coś do zrobienia. Siedzenie bezczynnie było dla niej uciążliwością i niepotrzebną stratą czasu.

Wstawała o świcie i po modlitwie ruszała w swoją codzienną drogę.

Kury, kaczki, gęsi, krowy – każde swoimi głosami wołały jeść. I trzeba było je zaspokoić.

Trzeba było też dać jeść rodzinie. Na stole pojawiało się świeżo udojone mleko, pachnący chleb z chrupiącą, rumianą skórką – Boże, takiego chleba nigdy potem już nie jadłam – masło prosto z kierzanki, odciśnięty własnymi rękami ser.

Nie tylko krowy, ale i kury za opiekę też odpłacały się sowicie i znosiły pyszne jajka – dla Babci były na wagę złota. Tyle można było z nich zrobić. I jajecznicę na skwarkach lub masełku i ugotować, najlepiej na miękko, i ciasto drożdżowe upiec, też najlepsze na świecie, albo zrobić makaron do niedzielnego rosołu z koguta.

Gdy rodzina była nakarmiona, ruszała z moim Dziadkiem w pole albo na łąkę lub do lasu. Roboty zawsze było co niemiara: siew, żniwa, wykopki… tylko zima była wytchnieniem od prac polowych.

Wtedy Babcia szyła, miała talent i piękną maszynę – porządnego Singera napędzanego stopami. Można rzec, że szyjąc, też chodziła – ścieżkami ściegów i meandrami szwów. I wyczarowywała bluzki, koszule, sukienki, które tak leżały, jakby były drugą skórą.

Babcia każdego dnia robiła, co do niej należało, droga życiowa była wytyczona – gospodyni domowej, matki i chłopki. A jednak przy tym wszystkim w zadziwiający sposób chodziła też własnymi ścieżkami.

Obecna, ale jakby zamyślona, z ustami, które jakby wciąż nie mogły się zdecydować, czy podążać kącikami w górę, czy trwać w miejscu. I te szare oczy, głęboko osadzone, zamglone, zamyślone, a jednak dostrzegające choćby najdrobniejszą zmianę nastroju i pogody.

– Boguniu, zobacz, co ci przyniosłam. Czujesz? – mówiła ciepłym głosem i podsuwała prosto pod nos jeszcze parujący piecem, okrągły chlebek, pieczony specjalnie dla mnie, budząc mnie w ten sposób na śniadanie.

A wieczorem zawsze pytała: – Boguniu, co chcesz dziś na kolację? – Pytała, choć znała odpowiedź: – Babciu, oczywiscie Twoją najlepszą na świecie zalewajkę.

To było jak rytuał powtarzany w każde wakacje, które spędzałam u Dziadków.

Rytuałem było też zbieranie co roku, 15 sierpnia, w święto Wniebowstąpienia Najświętszej Maryi Panny, czyli Matki Boskiej Zielnej, ziół na dziękczynny bukiet, by potem poświęcić go w kościele.

Babcia wstawała wówczas jeszcze wcześniej niż zwykle i szła w sobie znane tylko miejsca wokół Pszczółek, bo tam mieszkała, cudnie otoczonej polami i lasami wsi, które jeszcze dziś zachwycają naturalną dzikością.

Szła zawsze sama, ale nie samotna, szła, szepcząc godzinki, a potem – niczym bogini natury – wracała z naręczem ziół i polnych kwiatów.

Wśród nich jedno było tym najważniejszym, które Babcia uwielbiała, ozdabiając nim także kuchnię, a mnie utrwaliło się w pamięci pod piękną, poetycką nazwą – “wiatrowe ziele“.

Ten mglisty róż drobnych kwiatów i bardziej wyrazisty łodyg, tak pięknie kontrastujący z zielenią liści zachwycały mnie swoją delikatnością i jakąś mocą zarazem.

I ta nazwa – “wiatrowe ziele” – w którą jako dziecko wsłuchiwałam się z zafascynowaniem i powtarzałam w myślach, snując w wyobraźni opowieści o dalekiej krainie, z której to wiatrowe ziele przybywa, gdzie przez cały rok kwitną łąki, a ja, uganiając się za motylami, biegam wśród nich, a wiatrowe ziele szepcze mi pełne życia łąkowe historie.

Tak, wiem, to banalne i dziecinne, ale wówczas byłam dzieckiem.

Dziś wiem, że ta kraina istniała, tam, w moich ukochanych Pszczółkach z moją ukochaną Babcią i Dziadkiem. On też ma swoje historie.

A wiatrowe ziele, czyli sadziec konopiasty (Eupatorium cannabinumu), też uwielbiam – za delikatność wspomnień i moc przypominania. I jakąś tajemnicę wiatrem niesioną.

Dziś, gdy o nim pomyślę, zawsze widzę moją ukochaną Babcię Zofię, która o świcie wychodzi przez starą furtkę w pochylonym, jak ona, płocie i idzie w kierunku wschodu słońca.

Gdzieś tam, na skraju lasu i dzikiej łąki, przy rowie, czeka na nią wiatrowe ziele.

A na jego widok usta Babci już nie mają wątpliwości, by unieść się kącikami w górę. Tego jestem pewna.

Wędruję i piszę. Wędruję, bo każdy czas jest dobry, by wyruszyć w świat. Piszę, by oswajać przemijanie i inspirować do wędrówek. “Opowieści Wędrowne” to blog o tym, co możesz znaleźć, będąc w drodze.

Subscribe
Powiadom o
guest
8 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
marcin
marcin
2 miesięcy temu

Bardzo mi sie podobalo . Delikatny wietrzyk Twoich wspomnien , zachwycil mnie bogactwem barw i zapachow . Jest w nim i glebia czasu , i szerokosc przestrzeni a jednak z taka lekkoscia przemkna mi przed oczami .

Maria
Maria
2 miesięcy temu
Reply to  Filovera

Twoja opowieść jest dla mnie podarunkiem niedzielnym ożywiającym moc babcinych wspomnień.Dziękuję .

Grzegorz
Grzegorz
1 miesiąc temu

Ładne Takie nasze swojskie nieporadne jeszcze ale trzymam kciuki

Maria
12 dni temu

Namalowałaś zapachami i barwami wspomnienie o swojej babci, poetycko i pięknie. Czułam ciężar obowiązków i wszystkie trudy takiego życia, ale dzięki temu, że jest ktoś, kto szanuje i naprawdę docenia, takie życie miało sens. Ja mogę tylko westchnąć z zazdrością, bo nie miałam babci. smutno, jakby coś najważniejszego mnie ominęło, jestem pomniejszona o babciną miłość . Cudownie się czytało:)