Mielno to jeden z tych nadmorskich kurortów, w których po sezonie średnia wieku gwałtownie rośnie. Równie gwałtownie spada gęstość zaludnienia, szczególnie na plaży, promenadzie i w położonych wzdłuż niej kafejkach i smażalniach ryb.

Te zresztą w większości i tak są już zamknięte. Ich właściciele najlepszy czas połowów mają za sobą. Teraz liczą zyski i szykują się do zimowego przetrwania.

Te przygotowania do zmiany pór roku widać także w innych miejscach.

Mielno zapada w sen

Oto wesołe miasteczko, do niedawna wszystko się w nim kręciło: karuzela, diabelski młyn, dzieci z rękami lepkimi od cukrowej waty, a przede wszystkim interes. Teraz wszystko zamarło w bezruchu, niczym rzeźba-instalacja w galerii sztuki, przez które to dzieło autor chce wyrazić „współczesny dramat człowieka zatrzymanego w pędzie życia” albo cokolwiek innego.

Tuż za niewesołym już miasteczkiem dogorywają letnie namioty-sklepy i jak informują szyldy zawieszone u wejścia – „tylko u nas wyprzedaż posezonowa nawet 70%”. Któż jednak się skusi na nikomu już niepotrzebne piłki plażowe, pistolety na wodę, jo-jo, kostiumy kąpielowe czy plastikowe klapki? Nikt.

Szansę jednak na znalezienie swojego właściciela mają natomiast przecenione o połowę książki, które kuszą tytułami, bo z pewnością wolą stać na półce w ciepłym domu niż zimować w kartonowym pudle, w jakimś zatęchłym magazynie.

Swój dom mogą też znaleźć pamiątki z bursztynu. Te chętnie są kupowane przez podstarzałe Niemki, które zwykle można spotkać w gronie innych, w podobnym wieku Niemek.

O tej porze roku jest ich w Mielnie dużo, zresztą Niemców też. “Ein kaffee bitte”, czasem “mit sahne”, a czasem “ohne zucker” – rozlega się co chwila w kafejkach nadmorskich kurortów.

A może “Meduza”?

Jednym z nich jest „Meduza” – hotel z pięknym widokiem na morze, zlokalizowany przy samej plaży, na którą można zejść z filiżanką kawy lub kieliszkiem wina – prosto z tarasu.

Na nim można też – chowając się w wygodnych koszach – siedzieć wieczorami, a nawet w nocy, zarówno pogodnej, jak i wietrznej, a nawet deszczowej, o co późną jesienią nietrudno.

Obserwacja nocnego morza niewątlliwie może dostarczyć wielu estetycznych, wręcz metafizycznych wrażeń. Choćby taki obrazek. Ciemne, prawie czarne wody Bałtyku, z gdzieniegdzie połyskującymi grzbietami fal, nocą trudno oddzielić od równie czarnego lub gęsto szarego od ciężkich, deszczowych chmur nieba.

Alu już zupełnie inny „wodny” widok jawi się nam we wnętrzach „Meduzy”. Mianowicie w hotelu możemy skorzystać z klimatycznego basenu, w którym dla odmiany błękitna tafla wody odcina się wyraźnie od pomalowanych na bursztynowo ścian, dając miejscami złudzenie witrażu.

Tu, w przeciwieństwie do Bałtyku, woda jest oczywiście przyjemnie ciepła, w sam raz dla osób w słusznym, dojrzałym wieku.

Sezon na seniora

Ale cóż, potrzeba ciepła to jednak nie tylko kwestia właściwej temperatury wody, czy powietrza, ale też relacji międzyludzkich.

Dlatego starsze panie i starsi panowie, którzy przybywają do mieleńskich kurortów, chętnie nawiązują kontakty i wchodzą w rozmowy, nawet z nieznanymi sobie osobami.

Chętnie też wracają do przeszłości, np. snując opowieści ze swojej młodości, kiedy to wystarczyła tekturowa walizka i druga osoba, by czuć się szczęśliwym, choćby nocą na plaży i bez kurortowych wygód.

Chętnie też opowiadają o swoim życiu zawodowym, które co prawda mają za sobą, ale przywoływanie wspomnień o nim pozwala przypomnieć sobie, jak to było czuć się społecznie potrzebnym.

Pan Józef “wraca” do peerelu

Np. pan Józef, lat 75, w czapce z daszkiem, spod której wystają pasma siwych włosów, tańczących na wietrze, jakby chciały się wyrwać ku morzu i polecieć za mewami. Nieco przygarbiony, z ręką opartą na lasce, jasną twarzą, którą znaczą ścieżki czasu, siedzi na nadmorskiej ławce i opowiada.

– Przyjechałem tu na kilka dni, bo wie pani, choć jestem na emeryturze, to ciągle pracuję, nie na etacie, ale mam pszczoły i się nimi zajmuję. Teraz już się obrobiłem i przyjechałem trochę odpocząć. Bo tu taki spokój…

Pan Józef zawiesił na chwilę głos i spojrzał na gnane wiatrem fale. Uśmiechnął się.

– Wie pani, ja tu przyjeżdżałem też w młodości, to był wtedy głęboki PRL. Tak, wiem, co teraz się o nim mówi, ale to była też moja młodość, pierwsza miłość, pierwszy pocałunek, właśnie tu, eh, Mielno…

Pan Józef westchnął i uśmiechnął się.

– To była piękna dziewczyna, starałem się o nią kilka lat i się wystarałem, została moją żoną, a teraz już jestem sam. Wie pani, każdy musi umrzeć, ale wolałbym pierwszy, bo, wie pani, ja… – Ale słowa o tęsknocie za peerelowską pierwszą miłością, która przetrwała próbę czasu, i o samotności zgłuszył już krzyk mew.

PRL w pubie

Jednak nostalgia za peerelem dotknęła w Mielnie nie tylko pana Józefa, ale też właścicieli pubu przy ul. Nadbrzeżnej.

Zainspirowani sockulturą tamtego okresu, kilka lat temu wyremontowali lokal w duchu peerelowskiego baru, inspirując się – jak tłumaczy właściciel – pewną poznańską knajpą.

– Ale nasz pub jest też inny, położyliśmy nacisk na szczegóły i estetykę – dodaje.

Rzeczywiście, pub robi wrażenie dopieszczonego w detalach. Kolorystyczne tło tworzą brązy, szarości i złamane biele, na których czerwone akcenty stają się szczególnie wyraziste, wręcz dominujące.

Klimat nadają czarno-białe zdjęcia – scenki z peerelowskiego życia, jak choćby pochód pierwszomajowy, czy sklepowa kolejka, do których to zjawisk dziś można nawet podejść z pewnym przymrużeniem oka.

Ale nie tylko, gdyż mieszane uczucia jednak wywołują duże, oprawione w ramy i dobrze wyeksponowane zdjęcia Lenina, Breżniewa i Bieruta.

– Tak, niektórzy mówią mi, że to niewłaściwe, ale to jest przecież historia. Oni byli, mieli wpływ, rządzili i kto, jak nie oni, mają przywoływać klimat PRL-u? A przecież w tym duchu jest ta knajpa – tłumaczy właściciel.

Jednakże nie tylko wnętrza przywołują ducha PRL, ale też menu. Oczywiście można tu zamówić „lornetę z meduzą”, flaki, tatara, czy kawę „po turecku” w nieśmiertelnej szklance ze spodkiem i kilka innych kulinarnych „hitów” tamtej epoki.

Pub przyciąga głównie starszych wiekiem turystów.  I to głównie dla nich w posezonowe piątki, soboty i niedziele, czyli po prostu w dzisiejsze weekendy, właściciel organizuje potańcówki – przy śledziku, golonce i setce. – Gości na razie nie brakuje, interes się kręci, co będzie dalej, zobaczymy.

Mielno, a może morze…

I tak oto biedny, smutny i siermiężny PRL – dziś już wygładzony, jak po liftingu, z jasnym obliczem nostalgii – dla jednych jest spokojną krainą ucieczki we wspomnienia, dla innych źródłem dochodu, a dla zagraniczniaków – jedną z turystycznych atrakcji.

I tylko wiatr od morza wieje tak samo, tak samo szumią fale Bałtyku i tak samo pokrzykują w Mielnie mewy.

A może jednak nie?

A morze…


Mielno, październik 2018


Wędruję i piszę. Wędruję, bo każdy czas jest dobry, by wyruszyć w świat. Piszę, by oswajać przemijanie i inspirować do wędrówek. “Opowieści Wędrowne” to blog o tym, co możesz znaleźć, będąc w drodze.

Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Arleta
6 miesięcy temu

Mieszkałam ponad rok w Ustce, wspominam z sentymentem, najpiękniej było poza latem oczywiście 🙂 chociaż miejscowi cieszyli się i ekscytowali sezonem i ilością ludzi w tej malutkiej miejscowości 🙂

Filovera Septima
Filovera Septima
6 miesięcy temu
Reply to  Arleta

W Ustce byłam bardzo, bardzo dawno, ale w sierpniu i z małym dzieckiem 🙂 Pewnie dużo się zmieniło przez te 25 lat 🙂