Lubię podglądać. Tak, wiem, brzmi to co najmniej dziwnie, ale tę przypadłość – podglądanie – na szczęście nieszkodliwą, a nawet twórczą – mam od dziecka.

W dzieciństwie przejawiało się to na różne sposoby, np. podglądałam dziadka przez dziurkę zamka w drzwiach, jak robi buty (był szewcem). Bardzo wcześnie odkryłam, że przy tej pracy, gdy myślał, że jest sam, był jakiś bardziej prawdziwy niż w towarzystwie. Klepanie ludziom butów na drogę wyraźnie go odprężało.

Podglądałam też filmy w sobotnim programie Kino Nocne, które Mama zabraniała mi oglądać. Ponieważ jednak szybko zasypiała przy telewizorze, ja chowałam się za wersalką i siedząc cichutko w ukryciu, oglądałam film.

Ale najbardziej lubiłam podglądać rodzinne życie. Np. gdy wracałam wieczorami do domu – a były to czasy, gdy samodzielny powrót od koleżanki z osiedla, nawet po zmroku, nie stanowił żadnego problemu – to spoglądam ukradkiem, tak, by nikt nie zauważył, w okna bloków.

Gdy świeciły się w nich światła, a ja widziałam cienie postaci za firankami, zastanawiałam się, kto tam mieszka i czy są szczęśliwi, czym się zajmują, jak żyją, czy dzieci mają mamę i tatę. Myślę, że była w tym jakaś moja tęsknota za pełną rodziną, gdyż mnie wychowywała tylko mama.

To „podglądanie” i zastanawianie się nad „życiem” zostało mi do dziś, z tym, że teraz podglądam naturę, ale ta jest bardzo wymagająca.

Dlatego gdy wchodzę do lasu, to najchętniej stałabym się niewidzialna, aby żadnym stworzeniom, które go zamieszkują, nie przeszkadzać swoją obecnością, a jednocześnie przypatrywać się ich życiu tak blisko, jak się tylko da. Chciałabym móc bez przeszkód, niezauważona, zajrzeć do nory, do dziupli, pod liście, przyglądać się różnym zachowaniom leśnych stworzeń, obserwować zmiany przyrody i podziwiać jej stałość.

Bywa jednak, że gdy wchodzę do lasu, to mam wrażenie, że wokół mnie robi się jakaś taka graniczna przestrzeń ciszy, która mnie od natury oddala. Oczywiście słyszę odgłosy ptaków, szum liści, skrzypienie pni drzew, ale tak, jakbym była w jakiejś bańce, która tworzy dystans pomiędzy mną a lasem.

Na szczęście zauważyłam też, że sytuacja się zmienia, gdy przysiądę na ziemi lub jakimś pniu. I gdy siedzę tak wystarczająco długo, nic nie robiąc, las przybliża się do mnie. Bańka ciszy pęka, a zewsząd otaczają mnie odgłosy tak blisko, jakbym była jednym wielkim leśnym uchem.

Wtedy czuję, że staję się jednym z tych skrzypnięć, tym szumem liści, tym lasem. To wzajemnie oswajanie – ja z lasem, a las ze mną – sprawia, że czuję się w nim jak w domu, w którym jest wszystko tak, jak trzeba.


To jest drugi tekst z cyklu „Chwile”. Zajrzyj na pierwszy pt. Żywopłot.

Chwila #1. Żywopłot

 

Wędruję i piszę. Wędruję, bo każdy czas jest dobry, by wyruszyć w świat. Piszę, by oswajać przemijanie i inspirować do wędrówek. “Opowieści Wędrowne” to blog o tym, co możesz znaleźć, będąc w drodze.

Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Witek
Witek
5 miesięcy temu

Dziwne to przyznanie się do podglądania. Ok, rozumiem, że każdy ma jakieś skrzywienie, ale podgladactwem to niezbyt dobra cecha.

Anka B.
Anka B.
5 miesięcy temu

Ja też lubiłam podglądać różne zwierzęta. Wiele czasu spędzałam u wujostwa na wsi i tam zaglądałam do kurnika, obory i na łąkę. To były beztroskę czasy.