Szklana pułapka, pomyślałam, i nie chodziło o film, lecz wrażenie, jakie odniosłam, będąc w Olivia Star, najwyższym budynku w Trójmieście. Fakt, rozpościera się z niego cudowna panorama miasta, a nowoczesna przestronność dodaje wnętrzu oddechu. A jednak czułam się tu jak uwięziona. A na pewno nie na swoim miejscu.

To był trzeci dzień szkolenia z medycyny podróży. Ponieważ w związku z epidemią, w Gdańsku zaczęły obowiązywać od soboty nowe przepisy, by zachować stosowny dystans, zmieniono nam salę wykładową na większą. I tak wylądowaliśmy na 34 piętrze biurowca Olivia Star*.

Niestety, do budynku dotarłam później niż reszta grupy (przyczyny pominę :-)). Przekonana, że wystarczy, iż znajdę windę, wcisnę przycisk i pojadę na docelowe piętro, po wejściu do rozległego holu zaczęłam się rozglądać za jakąś. I klops.

Już na wstępie zatrzymała mnie młoda kobieta, nakazując założenie maseczki, choć nikogo poza mną i nią nie było. Ok, pomyślałam, nie ma o co kopii kruszyć, i zapytałam tylko, gdzie są windy. A pani na to, że nie mogę sama jechać na górę (!), tylko muszę poczekać na menedżera piętra. Zdziwiło mnie to, gdy jednak menedżer przybył, zrozumiałam, w czym rzecz.

Po pierwsze to on miał karty magnetyczne, którymi otwierał bramki bezpieczeństwa i windy. Bez tych kart ani rusz. A po drugie, a może przede wszystkim był tym, który zażądał ode mnie wypełnienia oświadczenia. Jakiego? Że według mojej najlepszej wiedzy nie jestem zakażona koronawirusem.

Przyznam, że zaskoczył mnie tym żądaniem, gdyż podczas tylu miesięcy epidemii jeszcze się z takowym nie spotkałam. Próbowałam trochę na ten temat dyskutować, ale pan stwierdził krótko – takie są procedury, dając mi tym do zrozumienia, że mam się słuchać i o nic nie pytać. No, chyba, że nie chcę wejść na szkolenie.

I to zrodziło we mnie jakiś bunt. Przeszła mi nawet myśl, że oświadczenia nie podpiszę (a co, jak bunt to bunt!) i ten dzień szkolenia sobie odpuszczę. A jednak podpisałam. Z bardzo prozaicznego powodu. Abym mogła w listopadzie przystąpić do egzaminu i uzyskać certyfikat z medycyny podróży, na czym mi zależy, musiałam być na tym szkoleniu.

I wtedy poczułam się jak w pułapce. Nie tylko w pułapce molocha, oczywiście bardzo wygodnego, ale po którym bez obstawy lub własnej karty magnetycznej nie sposób się swobodnie poruszać, ale przede wszystkim w pułapce procedur i oświadczeń, których nie mam ochoty podpisywać. A czuję się przymuszona i to pod hasłem bezpieczeństwa.

Ktoś powie, że wydziwiam, że to tylko drobne utrudnienia w przemieszaniu się i jakiś świstek, że trzeba zrozumieć sytuację itd. Ok, tak też można na to spojrzeć.

A jednak myślę, że “te drobiazgi” nie są bez znaczenia. Bo gdyby były, nie wywołałyby u mnie – osoby dość racjonalnie myślącej – paskudnego uczucia poddania się, godzenia się na zbyt daleko, moim zdaniem, idącą kontrolę.

Co gorsza, obawiam się, że to dopiero początek. Początek jakiegoś społecznego ubezwłasnowolnienia pod pretekstem konieczności zapewnienia bezpieczeństwa. I nie jest to żadna spiskowa teoria dziejów.

I tak zdołowana i niechętna jakiejkolwiek edukacji, za to z ogromną potrzebą natychmiastowego wydostania się stąd, znalazłam się na tym 34 piętrze supernowoczesnego wieżowca. Usiadłam sobie cichutko w ostatniej ławce (zawsze taką wybieram) i rozejrzałam się dookoła.

Za grubymi, szklanymi ścianami roztaczał się piękny widok na panoramę Gdańska. Poczułam całą sobą, jak bardzo chciałabym być tam, wśród tych uliczek, kamienic, parków, lasów, wzgórz, nad brzegiem morza, i iść, dokąd nogi poniosą i gdzie wzrok sięgnie. Być gdziekolwiek indziej, byle nie tu, w szklanym, “bezpiecznym” pudełku.

Jestem jednak człowiekiem lasów, łąk i pól, rzek, jezior i brzegu morza. Jestem człowiekiem wiatru, słońca i deszczu, człowiekiem dróg i bezdroży. I kocham wolność, kocham wolność bardziej niż bezpieczeństwo. Złudne zresztą. I często za cenę wolności.

Budynek opuściłam przed czasem. Oczywiście odprowadzona do wyjścia, bo wyjść samemu też się nie dało. Będąc już na zewnątrz, odetchnęłam i zrobiłam kilka zdjęć.

Tak, muszę przyznać, że patrząc na Olivia Star, w pewien sposób można się tą budowlą zachwycić. W pnących się dumnie szklanych ścianach, niczym w lustrach, odbija się przecież nawet niebo, odbijają się gnane wiatrem chmury i szybujące w powietrzu ptaki.

Ale to jest tylko ich odbicie. Złudzenie rzeczywistości.


*Wieżowiec Olivia Star ma 180 metrów wysokości, co czyni go najwyższym budynkiem Trójmiasta i sytuuje w czołówce najwyższych budynków w Polsce. Wysokość budynku nawiązuje do wydarzeń sierpniowych w Gdańsku w 1980 roku, natomiast architektura szczytu – do sąsiadującej Hali Olivia. W budynku znajdują się biura, sale konferencyjne, kawiarnie itd. Na wysokości 130 metrów (32 piętro) znajduje się też zewnętrzny taras widokowy. Z najwyższego piętra budynku, ok. 150 metrów nad ziemią, widać m.in. Zatokę Gdańską, port w Gdyni, molo w Sopocie, a nawet Półwysep Helski, Mierzeję Wiślaną i Trójmiejski Park Krajobrazowy.


 

Wędruję i piszę. Wędruję, bo każdy czas jest dobry, by wyruszyć w świat. Piszę, by oswajać przemijanie i inspirować do wędrówek. “Opowieści Wędrowne” to blog o tym, co możesz znaleźć, będąc w drodze.

Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Panoramix
Panoramix
3 godzin temu

I co pani mądralińska teraz powie, jak jest tyle zachorowań? Nadal wolność najważniejsza?