Stolik z pnia drzewa nakryty obrusem z mchu zaprasza, by przysiąść. Idę przez las trzecią godzinę. Równe tempo nie powoduje jednak zmęczenia, ale też droga nie jest zbyt wymagająca.

Wychodzone ścieżki, wygodne buty, lekki plecak, słoneczna pogodna i łagodny wiatr, oto tajemnica wędrówkowego komfortu.

A jednak zatrzymuję się, przysiadam przy leśnym stoliku, wyciągam termos z kawą, popijam, rozglądam się, wsłuchuję i czuję, że jestem. Nie tylko ja.

Duchy lasu, zawsze gdzieś za plecami, z boku, nad i pod, kryją się przed wzrokiem, choć wypatruję ich uparcie wśród drzew.

Dziś też myślałam, że zobaczyłam jednego z nich.

W plątaninie gałęzi, coś dużego, może wielkości człowieka, a może sarny, zakrzywiło na chwilę płaszczyznę leśnego widoku i przemknęło pomiędzy sosnami i buczyną.

Nie bałam się i chciałam, by ukazał się w całej swej półprzezroczystej krasie, w słońcu, które pieszczotliwie ogrzewało poszycie leśne, znajdując do niego najkrótszą drogę między koronami drzew. Ale znikł. I znikał raz zarazem, gdy tylko próbowałam spojrzeć niewidzialnemu w oczy. I teraz nie wiem, co lub kto to był.

No cóż, prawda jest taka, że zapewne nikt. To po prostu wyostrzone samotną wędrówką zmysły i fraktale drzew skąpanych w rozproszonej poświacie wschodzącej zieleni liści spłatały mi figla, podsuwając wyobraźni ulotne obrazy nieistniejącego.

To jest w ogóle ciekawa sprawa. To widzenie w lesie.

Zielono mi…

Czy, będąc w nim, doświadczyłeś kiedyś stanu takiego zamglenia wzroku, że zacząłeś się martwić, czy coś złego się nie dzieje z Twoimi oczami? Ja tak. W ubiegłym roku, spacerując po Lesie Łagiewnickim. I przyznam, że dopóki nie zdałam sobie sprawy, w czym rzecz, było to bardzo nieprzyjemne uczucie.

Wybrałam się tam w pochmurny, lipcowy dzień. Jako że nie znałam lasu zbyt dobrze, początkowo byłam skupiona na głównych ścieżkach i jakiś punktach orientacyjnych – tak, by się nie zgubić. Gdy poczułam się pewniej, zaczęłam wkraczać na ścieżynki, a potem zapuszczać się w gęstwinę drzew.

W pewnym momencie przystanęłam na chwilę, by się rozejrzeć i wówczas – zaskoczenie. A nawet przerażenie. Zupełnie nie mogłam złapać ostrości widzenia!

Liście zlewały się jeden z drugim, tworząc na tle czarno-zielnych pni drzew rozmywający się zaledwie koronkowy wzór. Wszędzie panowała wszechogarniająca, dość monotonna zieleń. Miałam wrażenie, że nawet powietrze, choć przezroczyste, jest zielonkawe.

Las wydawał się odrealniony.

To zamykałam, to otwierałam powieki, przecierałam oczy i zastanawiałam się – co jest, u licha?! Czy to oczy, czy mózg bawią się ze mną?

Postanowiłam wrócić na jedną z głównych ścieżek i spojrzeć w dal. Gdy uchwyciłam wzrokiem na jednym z drzew czerwone oznakowanie szlaku – ostrość wzroku powróciła, a las odzyskał swą zwykłą postać.

Czymże więc było to zjawisko zamglenia wzroku?

Las Łagiewnicki w Łodzi w przeważającej części jest lasem liściastym o naturalnym charakterze. Część jego to nawet rezerwat przyrody, co powoduje, że ma nieco dziki charakter. Wysokie, stare drzewa poprzeplatane są niższymi, młodymi, a wśród nich leżą te powalone przez wichury i porośnięte mchami.

Latem kolorem dominującym jest zieleń liści i zielonkawa czerń pni drzew. I właśnie ta dość wszechogarniająca zieleń przyczyniła się do tego dziwnego stanu.

Ale nie był to powód wystarczający.

Do tego doszedł fakt, że po lesie spacerowałam w pochmurną pogodę. Brak słońca to braku kontrastu pomiędzy światłem i cieniem, a przy zachmurzonym niebie zieleń liści staje się dość monotonna, niebieskawa, chłodna, rozproszona. Ale i to nie wystarcza.

Problemem jest także… zmęczenie oczu.

Do lasu poszłam na wielogodzinny spacer po intensywnym czasie wielotygodniowego ślęczenia przy komputerze, długo po nocach, często prawie do rana. Do tego dochodziło częste korzystanie z tabletu i czytanie książek.

A to powoduje, że oczy wciąż są mobilizowane, by widzieć z bliska, zaledwie na wyciągniecie ramienia lub przedramienia. Mięśnie oczu są wówczas wciąż napięte, co nie jest dla nich naturalnym stanem.

Ewolucyjnie jesteśmy przystosowani do wiedzenia z daleka. Postęp techniczny spowodował, że większość czasu oczy zmuszone są do patrzenia z bliska.

I jeśli nie robi się wystarczająco długich przerw, by dać oczom odpocząć, najlepiej patrząc w dal, bo wówczas mięśnie mają szansę się rozluźnić, to może dojść do stanu, który nazywa się astenopią, czyli osłabieniem oczu.

Jednym z jej objawów są kłopoty z wiedzeniem na odległość, nawet gdy nie ma się skłonności do krótkowzroczności. Inne objawy astenopii to ból oczu, zaczerwienie, łzawienie, a także bóle głowy.

I tak oto wyjaśniła się zagadka nierealności zielonego lasu. Zmęczenie oczu, wszechogarniająca zieleń i monotonność przestrzeni, której w pochmurną pogodę brakowało głębi i kontrastów, by oko mogło się czegoś chwiać. Więc wzrok szalał.

Choć wszystko wróciło do normy, był to dla mnie ważny sygnał – by zadbać o swoje oczy.

I teraz, gdy od wielu miesięcy wędruję coraz więcej, korzystam z tych chwil, by dać odpoczynek oczom i popatrzeć w dal. Tak jak dziś.

Dopiłam kawę. Spojrzałam w korony drzew. Sosnowe gałęzie miękko się kołysały, a ich igły, niczym zęby grzebienia, łagodnie wyczesywały niewidzialne włosy wiatru.

A co z duchami lasu? Poszukam ich następnym razem.

Ciekawa jestem, czy miałeś kiedyś podobne odczucia związane z widzeniem w lesie, gdy otaczała Cię wszechogarniająca zieloność. Napisz, proszę.

Wędruję i piszę. Wędruję, bo każdy czas jest dobry, by wyruszyć w świat. Piszę, by oswajać przemijanie i inspirować do wędrówek. “Opowieści Wędrowne” to blog o tym, co możesz znaleźć, będąc w drodze.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments