Nie dość, że był grabarzem, to jeszcze pechowym grabarzem. Choć, jak się tak głębiej zastanowić, to może jednak miał szczęście? O czym piszę? Dowiesz się, gdy przeczytasz ten tekst.

A jest on kontynuacją wcześniejszego wpisu pod tym samym tytułem, czyli “W poszukiwaniu oznak śmierci [odcinek 1]”. Wówczas to opowiedziałam o ludzkich lękach przed pochowaniem żywcem i metodach zabezpieczenia się przed tym. Dziś będzie o sposobach diagnozowania śmierci. bo jak się okazuje, to nie było takie proste.


Życie a śmierć

Życie zawsze utożsamiano z ruchem, oddychaniem i krążeniem krwi, a brak tych podstawowych przejawów życia wskazywał na śmierć. Jakiekolwiek samoistne poruszanie się człowieka a priori wykluczało śmierć. Większym problem mogło być ustalenie, czy człowiek oddycha.

W tym celu obserwowano klatkę piersiową – brak jej ruchów mógł świadczyć o braku oddechu. W sytuacjach wątpliwych uciekano się do „badań dodatkowych”.

I tak np. na tułowiu stawiano naczynie z wodą – jakiekolwiek poruszenie się lustra wody mogło świadczyć o tlącym się jeszcze życiu, a do ust przykładano zimne lusterko – jego zaparowanie wskazywało na obecność oddechu. Podobnie jak pojawienie się baniek mydlanych po nałożeniu na usta niewielkiej ilości wody z mydłem lub poruszenie się przystawionego do nozdrzy płomienia świecy.

Aby stwierdzić, czy jest krążenie krwi, uciekano się zarówno do prostych, jak i bardziej skomplikowanych metod. Szukając tonów serca, po prostu przykładano do klatki piersiowej ucho; tym sposobem można było także wysłuchać szmery oddechowe. Szukając natomiast tętna, przykładano rękę w okolicy naczyń szyjnych lub na nadgarstku.

Metoda oparta na osłuchiwaniu uchem klatki piersiowej dla ustalenia czynności serca i szmerów oddechowych była rutynowym sposobem stwierdzania zgonu przez lekarzy. Udoskonaliła się ona znacząco po wprowadzeniu do diagnostyki lekarskiej stetoskopu.

Mędrca szkiełko i oko

Ten prosty przyrząd, wynaleziony na początku XIX w. przez francuskiego lekarza René Laenneca (1781-1826), zrewolucjonizował nie tylko diagnostykę przyżyciową, ale i „diagnostykę śmierci”. Stosowane w tym celu osłuchiwanie serca i płuc stetoskopem musiało trwać od 2 do 3 minut; minimalizowało to możliwość popełnienia błędu.

Stetoskopu używano także w inny sposób. Lekarze przykładali go do powierzchni skóry i wysłuchiwali przytłumionego, podobnego do szumu morskiego, szmeru. Występując u osób żywych, zanikał on po kilku godzinach u zmarłych – jego brak był oznaką śmierci.

O zgonie mogły świadczyć także inne objawy: niepulsujące żółte tętnice, brak powrotu barwy i napełnienia krwią żyły tuż po jej uciśnięciu a następnie po puszczeniu ucisku, brak zmiany koloru palca po obwiązaniu go sznurkiem, czy brak wypływu krwi z przeciętej tętnicy.

Uwagę kierowano także na inne, zachodzące w ciele zmiany, a będące wynikiem zatrzymania oddechu i krążenia: ochłodzenie ciała, sztywność pośmiertną, bladość powłok, występowanie plam opadowych.

Wydzielanie specyficznego zapachu przez rozkładające się już ciało zdecydowanie przesądzały o rozpoznaniu. Za zgonem przemawiały także rozszerzone, sztywne i niereagujące na światło źrenice, niebieskawe zmętnienie rogówki i odkształcenie źrenicy, spowodowane uciskiem na gałkę oczną.

W sytuacjach wątpliwych stosowano metody dodatkowe: silne bodźce bólowe lub substancje drażniące.

Stosowano test wrażliwości na wdmuchiwane do nozdrzy drażniące środki lub podawano podskórnie amoniak, w tym przypadku sprawdzając, czy pojawi się reakcja zapalna – jej wystąpienie przemawiało przeciwko śmierci.

Aby wywołać ból podważano paznokcie, przypalano i nacinano w różnych wrażliwych miejscach ciało, trąbiono do ucha. Skórę polewano wrzącą wodą lub olejem.

Skuteczność wrzącego oleju miała potwierdzać historia grabarza. Gdy na jego twarzy rozlały się pierwsze strugi gorącego płynu – natychmiast ożył, choć od wielu godzin uważano go za martwego. Pamiątkę po tym wydarzeniu – blizny pooparzeniowe – niedoszły nieboszczyk nosił na twarzy do końca życia jeszcze wiele lat.

Natura śmierci

Podejście do diagnostyki śmierci stanowiło odzwierciedlenie panujących w danym czasie poglądów na jej naturę.

W starożytności od lekarza oczekiwano trafnej prognozy. Chorzy chcieli wiedzieć, jakie jest rokowanie, by zdążyć uporządkować swoje sprawy przed nadejściem śmierci.

W średniowieczu wielka epidemia dżumy przyniosła ludziom porażające doznanie bezwzględnej fizyczności śmierci. Doświadczyć jej obecności oznaczało widzieć martwe ciała i czuć smród rozkładających się zwłok.

W odrodzeniu pytaniu o naturę śmierci towarzyszyło pytanie o naturę życia. Lekarz-alchemik Paracelsus (1493-1541) twierdził, że czas życia człowieka jest wyliczony, a za procesy życiowe odpowiada siła, którą nazwał Archeus Vitae. Uważał, że życie i śmierć, to nieustanny cykl przemian: powstawanie przez łączenie, rozpad tego, co połączone i powtórne odbudowanie ciał z tego, co rozpadłe.

Francuski matematyk, filozof i fizyk René Descartes (1596-1650) przyrównał ciało człowieka do maszyny, stając się prekursorem medycznego redukcjonizmu. Descartes traktował śmierć jako trwałe uszkodzenie ciała-maszyny, które opuszczone przez duszę, przestaje się ruszać. Podał tetradę objawów śmierci: bezruch, hipotermię, zatrzymanie krążenia i bezdech.

Kolejne wieki przyniosły wzmocnienie poglądów o zasadniczej dla życia roli krążenia krwi i oddychania. Angielski anatom i fizjolog William Harvey (1578-1657), opisując w 1628 r. budowę i funkcję układu krążenia, wskazał, że centrum życia stanowi serce.

Jego przekonanie o wiodącej roli serca wynikało z obserwacji egzekucji, dokonywanych wówczas „przez dekapitację”. Po zatrzymaniu oddechu serce jeszcze biło, a przejście „od życia do śmierci” następowało wraz z wypływającą krwią. Równoznaczne ze śmiercią było ostateczne zatrzymanie krążenia.

Przejścia od pojęcia śmierci, jako braku życia, do śmierci, jako całkowicie odrębnego jakościowo bytu, dokonał francuski anatom i fizjolog Ksawery Bichat (1771-1802). Wyraził on pogląd, iż człowiek umiera nie dlatego, że zachorował, ale choruje dlatego, że może umrzeć.

Bichat opisał dwa rodzaje śmierci: fizjologiczną – zachodzącą od „obwodu ku centrum” i patologiczną – „od środka ku obwodowi”. „Obwód” stanowiły tkanki, tworzące poszczególne narządy. „Centrum” stanowiły tzw. przedsionki śmierci: płuca – odpowiadające za śmierć asfyktyczną, serce – za śmierć synkoptyczną i mózg – za śmierć apoplektyczną.

Panująca w XVIII w. różnorodność poglądów na naturę śmierci wywołała, trwający także w XIX w., spór pomiędzy wyrazicielami dwóch całkowicie odmiennych koncepcji.

Według pierwszej z nich każdy narząd był tak samo ważny, a śmierć była ustaniem funkcji życiowych we wszystkich narządach.

Według drugiej, niektóre narządy – płuca, serce i mózg – pełniły „uprzywilejowaną” rolę w utrzymaniu życia, a ich niewydolność doprowadzała do śmierci.

Pod koniec XIX w. M. Ryan napisał: „jednostki, których pasmo życia, jak się wydaje, pozornie przerwane w nagły sposób na skutek obrażeń w rzeczywistości nie umierają natychmiast, lecz znajdują się w stanie, który nie odpowiada potocznemu pojęciu śmierci”.

Myśl ta stanowiła wprowadzenie do tego, co wydarzyło się w medycynie w XX w. Wówczas to zasadniczą rolę w diagnostyce śmierci zaczął odgrywać mózg. Ale to już zupełnie inna historia.

Wędruję i piszę. Wędruję, bo każdy czas jest dobry, by wyruszyć w świat. Piszę, by oswajać przemijanie i inspirować do wędrówek. “Opowieści Wędrowne” to blog o tym, co możesz znaleźć, będąc w drodze.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments