Co zrobić, gdy tak bardzo chcesz wędrować, że o niczym innym nie możesz myśleć, a nie masz czasu, by wyjechać gdzieś dalej, choćby na dwa dni? Wykorzystaj jeden dzień! Ba, nawet jedno popołudnie i wyrusz do lasu w swojej okolicy. Odkryj go na nowo lub odkryj zupełnie nowy las. Tak jak ja to zrobiłam. I byłam zachwycona.

Tereny wędrowne, jakie znajdują się w granicach administracyjnych Łodzi, gdzie mieszkam, są mi już dość dobrze znane, a mimo to wciąż chętnie się w nie wybieram.

Tym razem jednak – a było piękne, słoneczne, październikowe popołudnie – postanowiłam zapuścić się nieco dalej. Jednak na tyle blisko, że do miejsca wyruszenia na wędrówkę mogłam dojechać pociągiem w niecałe pół godziny, a potem bezpiecznie wrócić do domu przed zmrokiem.

Gdy zapadła decyzja „idę”, spojrzałam na mapę „Łódź i okolice”, chwila zastanowienia i wybrałam – skusił mnie las w okolicach Pabianic, miasta, w których mieszkałam przez pierwsze 26 lat mojego życia, i które od Łodzi – mówiąc kolokwialnie – są rzut beretem.

Ten las to Las Karolewski, którego uroków – ku mojemu zaskoczeniu – było mi dane zasmakować tego dnia i nacieszyć się, choć trochę, złotą jesienią.

Poznaj Las Karolewski

Las Karolewski to kompleks leśny o powierzchni ok. 11 km2, rozciągający się na południe od Pabianic pomiędzy osadą Hermanów i Chechło.

Dostać się do niego można z różnych stron, np. od Pabianic przez Hermanów, od wsi Terenin i Mogilno Duże lub od strony Chechła. Wybrałam tę ostatnią opcję, natomiast powrót zaplanowałam przez Hermanów.

Jako że nie jestem zmotoryzowana, do Chechła dojechałam z Łodzi pociągiem, ale równie dobrze można dojechać samochodem, albowiem w okolicy lasu znajduje się kilka parkingów.

Już na wejściu do Lasu Karolewskiego zauważyłam, że nie tylko ja tego dnia miałam pomysł, by się do niego wybrać. W krzakach, prawie z nosem przy runie, buszowali grzybiarze, a po ścieżkach sunęli biegacze i rowerzyści. Las bowiem ma wytyczone ku temu dwie trasy – jedna o długości ok. 7 km, druga ok. 11 km.

To, że było trochę ludzi, akurat dla mnie jest raczej minusem. Zdecydowanie wolę być w lesie sam na sam z przyrodą, tak jak to było w Puszczy Białowieskiej. No, ale cóż, postanowiłam nie narzekać na ludzkie towarzystwo i cieszyć się otoczeniem, chodząc po mniej uczęszczanych ścieżkach, a nawet poza ścieżkami, czyli to, co – parafrazując – wilki lubią najbardziej.

Sam krajobraz Lasu Karolewskiego jest dość zróżnicowany, zarówno pod względem ukształtowania terenu, jak i roślinności. I tak np. znajduje się tu pas wydm polodowcowych, tzw. eolicznych, ale są tu też stawy, śródleśne bagna i torfowiska, porośnięte rzadką roślinnością, słoneczne polany i ciemne gęstwiny.

Jesienne impresje

Mnie w Lesie Karolewskim szczególnie urzekły dwa miejsca. Jedno, znajdujące się po zachodniej stronie lasu, gdzie między sosnami cudnie złociły się brzozy, a trawy aż płonęły miedzianozłotymi pióropuszami. I drugie, w samym środku lasu, nazwane Dużą Wodą i Jeziorem Wielkim.

Duża Woda to porośnięte, m.in. sosnami, olchami i klonami, malownicze torfowisko, mające status pomnika przyrody i zajmujące powierzchnię ok. 6 hektarów. W środku tego grzęzawiska znajduje się duży staw – tak z przymrużeniem oka, to pretendujący chyba do roli jeziora – bo o nazwie Jezior Wielki.

Dobrze, że nad Jezior Wielki trafiłam po raz pierwszy jesienią, ale zdecydowanie przyjadę tu też w innych porach roku, bo patrząc na otoczenie, wiem, że w każdej z nich musi być tu pięknie.

Tego dnia absolutnie zachwyciły mnie czesane lekkim wiatrem złote trawy, rozściełane dywanem wśród czarno-błękitnych krzewów i drzew, poprzetykane babim latem i ozdobione opadającymi liśćmi.

Usiadłam wśród tych traw i patrzyłam, jak światło, bawiąc się z cieniem, maluje impresjonistyczny obraz natury. Tak bardzo chciałam być jego częścią, choćby na chwilę stać się tym źdźbłem trawy, nicią pajęczą, liściem opadłym, gałązką.

By do głosu doszły inne zmysły, zamknęłam oczy, wciągnęłam głęboko powietrze, a dłonie zatopiłam w leśnym runie. Poczułam miękki poszum traw, bagienny, ziemny zapach z nutą sosny, szorstkość kory drzewa, lepkość pajęczyny, wilgoć mchu i suchość przekwitłych już ziół.

Byłam.

Czułam.

Trwałam.

Powrót do rzeczywistości

Z każdej wędrówki wciąż staram się wyjść z lasu przed zmrokiem. Jeszcze nie jestem gotowa, by dać się ogarnąć ciemnościom nocy, będąc zupełnie samej w lesie, choć przyznam, że kusi mnie to bardzo.

Musiałabym jednak bardziej zaufać swojemu instynktowi niż wiedzy na temat lasu nocą, bo ta wciąż jest mała, więc może kiedyś.

Las Karolewski też starałam się opuścić przed zmrokiem, a że dzień już krótki, więc czasu na delektowanie się danym miejscem było mniej niż latem.

Droga powrotna przez las w stronę Hermanowa wiodła dość szerokim traktem, a po obu jego stronach rozciągał się sosnowy bór. Idąc tak wśród tych wysokich, wyprostowanych dumnie drzew, zamykających nade mną swe korony, czułam się taka mała, tak niewiele znacząca.

Ale nie było to nieprzyjemne uczucie. Wręcz przeciwnie. Był w nim spokój ducha i lekkość myśli, jaka towarzyszy chwilom, gdy człowiek nic nie musi – ani udowadniać swej siły, ani walczyć ze słabościami, ani martwić się światem.

Gdy wyszłam na skraj lasu, ciemniało. Za plecami poczułam, jak rodzi się leśna noc, a przede mną migotały światła domostw i samochodów. Wróciłam do rzeczywistości.


Las Karolewski – fotorelacja z wędrówki, październik 2020

Wędruję i piszę. Wędruję, bo każdy czas jest dobry, by wyruszyć w świat. Piszę, by oswajać przemijanie i inspirować do wędrówek. “Opowieści Wędrowne” to blog o tym, co możesz znaleźć, będąc w drodze.

Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Natalia
Natalia
25 dni temu

Piękny ten las 😁 szkoda, że mieszkam daleko, bo bym odwiedziła to miejsce.