Wędruję po lasach, drogach i bezdrożach. Sama. Nie boję się dzikich zwierząt, choć oczywiście ich nie lekceważę. Natomiast boję się wałęsających psów. I to panicznie. Postanowiłam więc zgłębić nieco temat, jak uchronić się przed psami podczas wędrowania.

Pewna sytuacja, jaka miała miejsce w Żedni, o czym piszę w poście „Puszcza Knyszyńska w trzy dni” zmusiła mnie, bym bardziej zajęła się tematem swojego bezpieczeństwa podczas wędrówek, jeśli chodzi o spotkania z psami.

By znaleźć jakieś optymalne rozwiązanie, przeczesałam Internet oraz zadałam pytanie na jednej z grup na FB, gdyż nie ma to jak poradzić się bardziej doświadczonych w materii wędrowania i związanych z tym zagrożeń.

No cóż, jak się okazało, ilość przeróżnych informacji może przyprawić o zawrót głowy, a nawet spotęgować lęk przed psami. Bo które metody rzeczywiście są skuteczne w praktyce, a które tylko w teorii? Które będę mogła zastosować ja, kobieta o raczej delikatnej posturze, niemająca przeszkolenia w zakresie samoobrony, w dodatku panicznie bojąca się psów, nawet tych za ogrodzeniem?

Oto są pytania! I to na wagę bezpieczeństwa i radości z wędrowania. A ponieważ nie chcę rezygnować ani z jednego, ani z drugiego, mierzę się z tematem. I tak oto spisałam 7 sposobów, jak uchronić się przed atakiem psa, na którego można trafić podczas wędrówek.

#1 Trzymaj się z dala od psów

Tak, ten sposób odpowiada mi najbardziej, gdyż w ogóle eliminuje bliski kontakt z psem, którego zdecydowanie wolę uniknąć. Ale ten sposób ma wiele ograniczeń.

Jak się idzie jakimś wytyczonym szlakiem, to wybór drogi jest ograniczony, a ta, bywa, że wiedzie przez tereny zamieszkane, gdzie ludzie po prostu mają psy. I przyznam, że nie lubię przechodzić przez wsie czy osady. Furtki nie zawsze są zamknięte, ogrodzenia często są takie, że pożal się Boże, tylko patrzeć, jak ujadający za nim wściekle pies przez nie przeskoczy i dorwie się do mnie. Idę wówczas zawsze z duszą na ramieniu, marząc, by stać się niewidzialną dla tych ujadaczy.

Ponieważ, niestety, psy czują mój zapach i mój strach, to nie jestem dla nich niewidzialna. A wówczas jedyny sposób to #2, czyli…

#2 Udawaj, że Ty nie widzisz psa

Ignorowanie psa to jest to, co już sprawdziłam na własnej skórze podczas wędrówki po Puszczy Białowieskiej, o czym pisałam w tekście „Od Hajnówki do Czerlonki„.  Na czym to ignorowanie polega?

Po pierwsze na niepatrzeniu psu w oczy, najlepiej w ogóle niepatrzeniu na niego (choć oczywiście kątem oka trzeba oceniać sytuację).

Po drugie na niezwracaniu się do niego w jakikolwiek sposób – ani krzykiem, ani prośbą, w ogóle nic. Po prostu nie ma psa. I tyle.

Po trzecie na niewykonywaniu żadnych gwałtownych ruchów, jak idę przez taką wieś z duszą na ramieniu, to po prostu idę, spokojnie (choć w środku umieram ze strachu), środkiem drogi, uważając, by nie zbliżać się do ogrodzenia, i tylko kątem oka zerkam, czy furtka bądź brama jest zamknięta.

No cóż, nie zawsze to działa, o czym przekonałam się w Żedni, gdyż brama była otwarta i jeden pies, szczekając, wyszedł na drogę, a drugi, zamknięty w kojcu, wściekle ujadał i nakręcał tego pierwszego. Wówczas zastosowałam sposób #3, czyli

#3 Zatrzymaj się i nie rób nic

Taką radę spotkałam na wielu forach. Chodzi o to, że gdy mamy na swej drodze psa, by stanąć, ale nie jakkolwiek, ale w pozycji, która z jednej strony nie stanowi wyzwania dla psa, by ruszył do ataku, a drugiej, by w razie ataku, móc go jakoś odeprzeć. Zalecana pozycja to bokiem do psa, na rozstawionych na szerokość bioder nogach (stabilizacja postawy) i z opuszczonymi wzdłuż ciała rękoma.

Przyznam, że co do tych opuszczonych rąk mam wątpliwości. Bo jeśli pies rzuci się na nas i chwyci opuszczoną dłoń, to mamy problem – uwolnienie się od takiego uścisku jest ponoć bardzo trudne, a szarpanie z psem tylko pogarsza sytuację.

Dlatego bardziej przekonują mnie porady, by ręce trzymać na piersi, blisko ciała tak, by w razie czego móc ochronić szyję i twarz (jeśli pies na nas skoczy), a nawet uderzyć pięścią psa w nos – bo to jego najczulsze miejsce i jest szansa, że zwieje, skowycząc z bólu.

Jak jest w rzeczywistości, nie wiem i nie chcę się przekonywać na własnej skórze. Natomiast wiem, że stać tak w miejscu nie można w nieskończoność. Czasem pies rzeczywiście się może znudzić obszczekiwaniem „słupa” i sobie pójdzie, ale jeśli to my stoimy na jego drodze, to sobie nie pójdzie i wtedy #4, czyli…

#4 Zejdź psu z drogi

Pies zagrodowy, który wylazł na drogę, bo właściciel nie zamknął furtki, będzie szczekał, bo broni swojego terytorium. I wtedy jest kwestia oceny sytuacji, czy tylko będzie szczekał i wówczas mimo wszystko można pójść sobie sposobem #2 dalej, czy jednak lepiej się wycofać i szukać innej drogi.

Ale wycofywać się też trzeba umieć – nie może to być ucieczka, bo to jest od razu zaproszenie psa do  gonienia nas jak zwierzyny łownej. Ponoć sprawdza się zatrzymanie na chwilę, potem powolne, bez żadnych gwałtownych ruchów odwrócenie się i odejście spokojnym krokiem.

Cały czas jednak warto nasłuchiwać, czy mimo naszego wycofywania się, szczekanie się do nas niepokojąco się nie zbliża, sugerując nachodzący atak, bo jeśli tak, to #5, czyli…

#5 Pokaż psu, kto tu rządzi

I tu metod jest kilka. Jedni zalecają, by porządnie krzyknąć na psa, ale tak, by pokazać dominację. No cóż, metoda nie dla mnie. A w dodatku podobno można tylko jeszcze bardziej rozsierdzić psa.

Inni radzą, by schylić się po jakiś kamień i rzucić nim w psa, by go odstraszyć. Podobno już samo sięgnięcie jest dla psa sygnałem, że ma się bać, bo ma na drodze „silniejszego”. I podobno w niektórych przypadkach to się udaje, pies co prawda szczeka, ale ucieka, a przynajmniej się nie zbliża.

No, ok, ale jak nie ma na drodze kamienia? To przyznam, że nie wiem. A może wówczas można rzucić czymkolwiek, co jest takiego do „rzucenia” pod ręką? Ja postanowiłam, że w razie czego zamachnę się porządnie plecakiem, który zawsze mam ze sobą i który jest wystarczająco ciężki, by dać psu popalić. Plecaka nie mam jednak zamiaru wypuszczać z rąk, za to mogą wypuścić jak w #6, czyli…

#6 Rzuć coś psu, by odwrócić jego uwagę

I tu – przyznam, że może trochę naiwnie – ale a propos rzucania pomyślałam, aby mieć przy sobie… gumową piłeczkę, taką do… zabawy i nią rzucić, ale nie tyle w psa, co psu. Wówczas nie chodzi o rządzenie, ale o odciągnięcie uwagi psa i danie mu sygnału, że nie jestem jego wrogiem. Nie wiem, nie próbowałam tego sposobu.

Miałam też pomysł, by nosić przy sobie kawałki suchej kiełbasy i w razie czego rzucić je psu na pożarcie – dosłownie. No cóż, też nie sprawdzałam, więc może pomysł jest głupi, szczególnie gdy kiełbasa się skończy, a pies nie będzie chciał się odczepić i będzie szczekał po więcej.

Spotkałam się też z poradą, by rzucić psu jakiś patyk, ale tak, by musiał po niego trochę dalej pobiec, a my wówczas zyskujemy na czasie, by się np. wycofać z drogi. Problem jednak w tym, że ponoć kij w ręku człowieka, to znowu jest sygnał dla psa do agresji.

I bądź tu mądry. Rzucać czy nie rzucać? W psa czy psu? A może trzeba wziąć go na „strach”?

#7 Wystrasz psa, niech on boi się ciebie

Gdybym była wielkim facetem, to być może sama moja postawa i masa zrobiłaby swoje i pies nawet by nie spróbował mnie ruszyć. Ale nie jestem. Jestem kobietą 170 cm wzrostu i ok. 60 kg wagi, więc ja mogę wystraszyć psa?

I tu z pomocą mogą przyjść gadżety. Przeanalizowałam ich kilka od pałek teleskopowych (brr, to nie dla mnie), przez gaz pieprzowy na psa, po ultradźwiękowe odstraszacze psów. I pomyślałam, że te dwie ostatnie opcje są u mnie na tak.

Gaz nabyłam i noszę ze sobą w kieszeni, tuż pod ręką, od jakiegoś czasu. Taki gaz nie wyrządza trwałej szkody, natomiast ponoć skutecznie zniechęca psa do kontynuowania ataku. Zasięg chmury jest dość duży, może wynosić wynosi nawet 3 metry, co pozwala na obronę z bezpiecznego dystansu.

Bardzo ciekawa, moim zdaniem, jest też opcja ultradźwiękowego odstraszacza psów. Jak działa taki odstraszacz? Mianowicie emituje niesłyszalne dla człowieka ultradźwięki o częstotliwości wywołującej lęk u psów, a także kotów i innych czworonogów. Zwierzę nie powinno się więc zbliżyć do źródła dźwięku, czyli do mnie, trzymającej odstraszacz.

Urządzenia te są lekkie, poręczne, zasilane z baterii i mają wbudowaną diodę, która pokazuje, że jest włączone (bo przecież człowiek tego nie słyszy). Cena to ok. 100 zł. Jeszcze odstraszacza nie mam, ale w tym tygodniu zamierzam nabyć, gdyż znów częściej będę chodzić po drogach i bezdrożach. I chcę się czuć, jeśli chodzi o psy, bezpieczniej :-).


Ponieważ w większości powyższe rady nie są to moje doświadczenia, podchodzę do nich z pewną rezerwą i analizuję, które z nich są możliwe do wykorzystania konkretnie przeze mnie, biorąc pod uwagę moje możliwości i ograniczenia natury psychologicznej (paniczny lęk przed psami). 

Będę też wdzięczna za wszelkie Wasze uwagi i spostrzeżenia na ten temat. Podzielcie się nimi, proszę, w komentarzach poniżej.

 

Foto: unsplash.com

Wędruję i piszę. Wędruję, bo każdy czas jest dobry, by wyruszyć w świat. Piszę, by oswajać przemijanie i inspirować do wędrówek. “Opowieści Wędrowne” to blog o tym, co możesz znaleźć, będąc w drodze.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments