Poczułam przesyt tego miejsca. Do porszewickiego lasu zaglądam od kilku tygodni i osiągnęłam stan, w którym chcę być tam znowu i nie być tam zarazem.

Czy to za sprawą kruków, ich jasnej i ciemnej strony mocy? Tego, że jednocześnie pociągają i odpychają? Dla odświeżenia umysłu, a może bardziej uczuć, poszłam więc dziś ścieżką wzdłuż Neru – od mostu na Szadkowskiej w stronę Konstantynowa.

Choć trasa ta jest mi dobrze znana, to pomyślałam, że zrobię jeszcze raz sesję zdjęciową słonecznikom, których jest jest tam całkiem spore pole. A może nawet spotkam bociany, które ostatnio widywałam nad Nerem? Porszewickie kruki musiały więc poczekać.

***

Było późne popołudnie. Szłam wśród wysokich trzcin, dookoła królowała bujna zieleń traw, krzewów, drzew, która odbijając się w płytkich wodach Neru, nadawała rzece zielonkawy poblask.

Przyglądając się tej zieleni, naszła mnie ta sama myśl, jaka od pewnego czasu się pojawia, gdy jestem w terenie. Mianowicie od dwóch, może trzech lat zauważam, że jest coraz mniej owadów. W tym roku jest ich szczególnie mało.

Trafiają się pojedyncze motyle, czasem pszczoły, trzmiele i inne zapylacze, ale nie słychać tego prawie ogłuszającego poszumu owadzich skrzydeł, unoszącego się nad łąkami, szczególnie o tej porze roku. Jest mi z tego powodu smutno i tęskno, bo bujna zieleń wydaje się być martwa.

***

Z tą myślą dochodzę do pola słoneczników i już wiem, że radosnej, pięknie złotożółtej sesji nie będzie. Płatki już opadły, a w słonecznikowych talerzach główek kwiatów dojrzewają nasiona. Chciałabym, aby ptaki miały tu wielką stołówkę.

Wyobrażam sobie, jak przylatują tu sikory, dzwońce, wróble, mazurki, kowaliki, czyże, grubodzioby, trznadle, ach, cała ptasia ferajna. Ale dziś nie nie ma wśród słoneczników żadnego ptaka. Ich też jest jakby mniej.

A może chowają się te wszystkie owady i ptaki tylko przede mną? Tak, to raczej absurdalna myśl, a jednak czuję niepokój.

***

Ponieważ sesja ze słonecznikami nie wypaliła (dopiero po powrocie pomyślałam, że mogłam je właśnie pokazać w stanie dojrzewania, już bez ozdobnej korony płatków, ale w całej ich brzemienności w nasiona), zdecydowałam, że poobserwuję łąkę.

Miała sielski klimat, taki jak z obrazów wiejskich pejzaży Władysława Podkowińskiego. Trawa poprzetykana kwitnącą na żółto lnicą pospolitą i bielejącymi kwiatami krwawnika zachęcała, by w niej usiąść.

Zrobiłam to. Dla lepszego wtopienia się w teren narzuciłam jeszcze na siebie kamuflującą siatkę, wzięłam aparat do ręki i czekałam w bezruchu. A nuż się coś pojawi?

Teren do obserwacji był dobrze wybrany, bo na łące rosły kępy krzewów, a wzdłuż miedzy ciągnęło się też pole wierzby energetycznej. W takich zaroślach lubią przebywać dziki i sarny.

Po chwili dostrzegłam w oddali, w trawach, jakiś ruch. Potem kolejny i jeszcze jeden. Przyjrzałam się przez oko obiektywu, to ptaki – samice bażanta wraz z młodymi (choć najpierw myślalam, czy to aby nie kuropatwy) wyszły na żer. Nie zauważyły mnie, zresztą były dość daleko, zbyt daleko, by zrobić im dobre zdjęcie, za to na tyle daleko, by się nie spłoszyły moją obecnością.

Zastanawiałam się, czy nie próbować podejść do nich bliżej, ale zrezygnowałam. Ta chwila, gdy niezauważona mogłam sobie siedzieć w trawach i obserwować, a ptaki spokojnie żerować, była cenniejsza niż dobre zdjęcie. Zrobiłam więc takie, jakie mogłam, to, co najcenniejsze, zapisując w swojej pamięci: ziołowy zapach łąki, spokój, złotawy poblask zachodzącego słońca, muśnięcia lekkiego wiatru i chwilę z życia ptaków – czas niezmąconego wspólnego posiłku.

Samica co jakiś czas czujnie wychylała ponad trawy głowę, ale nie dostrzegając niczego niepokojącego, znowu zagłębiała się w nie. Młody samczyk natomiast wydawał się niezainteresowany otoczeniem. Po prostu coś sobie skubał, chodząc powoli z miejsca na miejsce.

Miałam przez moment nadzieję, że może ptaki pójdą w moją stronę, ale udały się w zupełnie przeciwną, w stronę zarośli na skraju lasu, i po jakimś czasie w nich zniknęły.

***

Nie chciało mi się wracać do domu. Posiedziałam jeszcze jaki czas na łące, nasłuchując odgłosów natury. Uczę się je odróżniać, wsłuchiwać, ale nie jest to łatwe.

Nie mam muzycznej pamięci ani muzykalnego ucha, co szczególnie się przydaje, by rozpoznawać ptaki. Owszem, są takie odgłosy zwierząt, których nie można pomylić z żadnymi innymi. Np. bociani klekot, klangor żurawi, czy krzyk kaczek. Rozpoznaję już też szczekanie saren, śpiew kosa, czy odgłosy bażantów i kilkanaście innych dźwięków, ale to wiąż mało.

Ciekawe byłoby – pomyślałam – gdyby robiąc zdjęcie, można było też zapisywać odgłosy, jakie towarzyszą uwiecznianej chwili. Taki dźwiękowy obraz, a potem dołączyć do tego jeszcze zapachy.

A jednak żadna technika nie zastąpi tego, czym sami w takich chwilach nasiąkamy. Najwięcej bowiem śladów natury pozostaje w naszej pamięci, sercu i duszy.

Nie wiem, jak długo siedziałam w tych trawach, albo inaczej, na jak długo czas przestał istnieć. Ale potem powrócił i trzeba było ruszyć do domu.

***

Gdy po powrocie przeglądałam zdjęcia, poczułam, że już tęsknię. Za tą łąką, za wszystkimi innymi łąkami, za porszewickim lasem, za wszystkimi innymi lasami. I za krukami też.  Przesyt minął. Zostało nienasycenie i to, co pomiędzy.





Wędruję, piszę i fotografuję, by oswajać przemijanie i inspirować do wędrówek, gdyż każdy czas jest dobry, aby ruszyć w świat. “Opowieści Wędrowne” to blog o tym, co możesz znaleźć, będąc w drodze.

Subscribe
Powiadom o
guest

6 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Teresa
Teresa
7 miesięcy temu

Też czasem tak miewam, przesyt, wtedy robię sobie przerwe

Ealdi
Ealdi
7 miesięcy temu

A co jest pomiędzy?

Naturalna
Naturalna
6 miesięcy temu

Ale świetny wpis, poczułam się, jakbym siedziała cicho gdzieś obok w tej trawie na łące, nie chcąc spłoszyć bażantów i Ciebie, ha, ha 😉 „Pomiędzy” jest u mnie czasami złość, że śmieci, że brzydko, że robale atakują, pajęczyny na twarzy, że mam dość, że ciągle to samo, że błądzę nieraz, a potem okazuje się, że muszę znowu tam iść i że nawet się cieszę jak tylko zobaczę linię horyzontu i mnie to bardzo raduje, a potem ponownie pojawia się to niełatwe „pomiędzy”. I tak w kółko 😉 ps. przepraszam, czytam i nie mogę się powstrzymać przed zostawieniem komentarza. To już dzisiaj trzeci, ech. Uciekam, ale wrócę, bo lubię tu być. Dziękuję 🙂