Cieplutko. Puchowa kurtka, zimowe buty, czapka, rękawiczki, szal. Nic nie marznie, żadna część opatulonego ciała, a lekko zimnawy aczkolwiek łagodny wiatr zaledwie chłodzi – zresztą przyjemnie i rześko – nos i policzki. Idę, chcąc doświadczyć zimowego lasu. Pełen komfort. Czyżby?

Uroczysko Lublinek. Świąteczny spacer po pobliskim lesie. Idę w ciszy i rozglądam się z ciekawością, choć tymi ścieżkami w mijającym roku chodziłam już wiele razy. A jednak dziś wydają się zupełnie inne niż dotychczas.

Może dlatego, że śnieg, który nieco rozbielił zielonkawo-brunatne barwy traw i gnijących liści, upodobnił wszystkie ścieżki do siebie?

A może dlatego, że nagie, pozbawione zasłon z liści drzewa, choć wydają się przenikać siebie nawzajem, splątywać gałęziami, gubić w sobie, to mimo tego chaosu tworzą rytmiczny porządek natury?

Gdy tak na nie patrzę, pojawia się irracjonalna myśl – czy nie zimno tym drzewom tak bez liści? Tak, irracjonalna to myśl, ale jakże przecież ludzka: ja jestem ubrana, więc mi jest ciepło, drzewa są nagie, więc im powinno być zimno. Uśmiechnęłam się sama do siebie: ech, to przecież tylko poetyka zmysłowego doświadczania lasu.

Tak, widzę go. I słyszę, bo choć to, co mnie otacza, nazwałabym ciszą, to jednak ciszą nie jest. Gdzieś z grudki topniejącego z wolna śniegu spadnie kropla wody i rozbije się ze szmerem o zeschły liść. Gdzieś trzaśnie sucha gałązka – sama z siebie? Nie wiem, może trąciła ją jakaś zbłąkana mysz? Gdzieś wśród koron przemknie senny ptak, niczym duch, a jednak da się usłyszeć poszum powietrza wprawianego w ruch skrzydłami.

Las.

Czuję też jego zapach i smak. Ziemny zapach wilgoci rozkładających się liści miesza się ze świeżością delikatnej woni sosnowych igieł. Ale nie tylko, w powietrzu unosi się jeszcze jakaś inna, znajoma mi zapachowa nuta, ale nie potrafię jej ani nazwać, ani przywołać wspomnienia, z którym by się wiązała. Zostawiam ją więc i idę dalej.

Po jakimś czasie zatrzymuję się, by także dotknąć lasu. Zdejmuję rękawiczki i czuję pod palcami chropawość kory dębu i gładkość brzozy. Czuję napęczniałą od wody miękkość mchu i potulną szorstkość porostów. Kropla wody, będąca w stanie zawieszenia pomiędzy byciem cieczą a lodem, pod dotknięciem moich ciepłych palców spada i ginie w leśnym poszyciu.

Las.

Widzę go, słyszę, czuję jego smak, zapach, dotyk, jest tak blisko mnie, a zarazem tak daleko. Choć jestem w jego środku, to czuję, jakbym wciąż była na zewnątrz niego. Coś mnie od niego oddziela.

Zastanawiam się, dlaczego tak jest? Dlaczego nie mogę wejść w ten zimowy las całą sobą, choć przecież w nim jestem? Co mnie ogranicza?

I przychodzi mi taka myśl. Ja jestem cała w swoim opatulonym i cieplutkim świecie, jakże różnym od chłodnego i nagiego świata zimowego lasu. Jestem w swojej strefie komfortu, bezpieczna, a zmysły – owszem – dają mi poczucie, że doświadczam lasu, ale czyż nie jest ono złudzeniem, zaledwie jakąś marną namiastką łączności z naturą?

W tym momencie przypomniał mi się pewien eksperyment, jaki wykonał na sobie David Haskell, autor książki “Ukryte życie lasu” (cudowna książka, pisałam o niej tu: “8 cudownych książek na prezent dla pasjonatów wędrówek i czytania“).

Mianowicie pewnego zimowego dnia, gdy było 20 stopni mrozu i wiał porywisty wiatr, wybrał się do lasu, by poczuć zimno jak leśne zwierzęta. By doświadczyć go całym sobą, rozebrał się w lesie do naga, wychodząc w ten sposób ze swojej cieplnej strefy komfortu. Potem w książce opisał to przeżycie m.in. w kontekście zdolności przetrwania zwierząt w różnych warunkach termicznych poprzez dostosowanie się do nich.

Nie, Haskell nie jest wariatem, tylko biologiem, który z pasją opowiada o dzikim lesie i bliskości, a w zasadzie już oddaleniu, w jakim człowiek żyje od natury. Jego konkluzja z tego eksperymentu jest taka:

Chciałem doświadczyć zimna tak jak zwierzęta, ale teraz zdaję sobie sprawę, że to niemożliwe. Moje doświadczenie pochodzi z ciała, które poszło inną ścieżką ewolucji (…).David Haskell, Ukryte życie lasu

Właśnie, niemożliwe, bo ciało poszło inną ścieżką ewolucji, otoczyła je – by użyć metafory – bezpieczna puchowa kurtka kultury. Pewnie więc także moja pierwotna chęć doświadczenia zimowego lasu całą sobą, wejścia w niego, by poczuć się jego częścią, jest niemożliwa do zaspokojenia.

A mimo to jestem szczęśliwa.

Idę, widzę, słyszę, czuję. Jestem.

PS. Ten spacer po lesie na Uroczysku Lublinek zainspirował mnie, by przygotować w najbliższym czasie kilka tekstów dotyczących tego miejsca – jego historii i walorów przyrodniczych oraz rekreacyjnych. Jeśli coś wiecie ciekawego na jego temat, to – proszę – podzielcie się w komentarzach. 


Uroczysko Lublinek, 26 grudnia 2020


Wędruję i piszę. Wędruję, bo każdy czas jest dobry, by wyruszyć w świat. Piszę, by oswajać przemijanie i inspirować do wędrówek. “Opowieści Wędrowne” to blog o tym, co możesz znaleźć, będąc w drodze.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments