Dziś musiałam wstać wyjątkowo wcześnie, bo po trzeciej, ale już dniało i to zgodnie z rytmem natury wejście w dzień wzbudziło we mnie uczucie radosnego spokoju. O czwartej ruszyłam na przystanek autobusowy, by dojechać z Krzętowa do Wielgomłynów, a potem wyruszyć do Gidel.

NOTATKI Z DROGI – DZIEŃ 4

Śpicie? Bo ja nie śpię już od dwóch godzin, a od godziny jestem we wsi Wielgomłyny. I na dobry początek dnia zamieszczam fotkę dębu, który ma prawie 600 lat. Więcej o nim, bo to ciekawa historia, będzie wkrótce na  blogu.

Wielgomłyny

***

Od momentu, gdy wyruszyłam z Wielgomłynów w kierunku Gidel, wszystko jest pod górę. Droga przez las, która miała być skrótem z Kobiele Małe do Kotfin, okazała się nieistniejąca, musiałam więc zmienić trasę na dłuższą.

Potem, by nadrobić czas, starałam się iść leśnymi ścieżkami niejako na przełaj. To też był błąd, ścieżki te kończyły się niespodziewanie i musiałam zawracać. Ostatecznie do Kotfin dotarłam już trochę zmęczona, a tu kolejna niemiła niespodzianka.

Spotkało mnie to, czego rzeczywiście się boję podczas wędrówek. Zaatakowały mnie trzy psy. Wylazły na drogę przez dziurę w płocie. Serce podskoczyło mi do gardła, ale nie dałam się panice, szybko zdjęłam z ramienia dość ciężką torbę ze sprzętem i zaczęłam nią wywijać.

Wystraszyły się i trzymały się w pewnej odległości, ale gdy tylko ruszyłam dalej, znów podbiegały. Podniosłam jakieś kamienie z drogi i tak jedną ręką wywijając torbą, a drugą rzucając w psy kamieniami, jakoś udało mi się odejść na bezpieczną odległość. I wiecie co? Dobrze, że tak się stało, bo dałam sobie radę i zyskałam na pewności, której w kontakcie z psami mi brakuje.

Po odpoczynku w Kotfinach, ruszyłam już prosto na Gidle. Dziś jakoś idzie mi się ciężko, a las, choć jest słoneczny i spokojny, odczuwam jako mało przyjazny. Odmawiam zdrowaśki. Z nadzieją, że niedługo będę w Gidlach.

Od Przedborza do Gidel

***

Ścieżki się wyprostowały. Jestem w Gidlach. Coś więcej napiszę później, a teraz idę obmodlić Wasze intencje.

Od Przedborza do Gidel

***

Ścieżki się wyprostowały – pisałam. Ale nie od razu. Dziś coś mi w tych ścieżkach mieszało, kręciłam się, dokonywałam złych wyborów, zamiast się przybliżać, nadkładałam drogi, a plecak ciążył mi niemiłosiernie, mimo że waży tyle samo, co wczoraj.

W pewnym momencie już bardzo zmęczona stanęłam na rozstaju dróg, zastanawiając się, jaką drogę wybrać. I stwierdziłam, że zamiast kluczyć, pójdę starą, wyboistą drogą, wyglądającą na zapomnianą, ale biegnącą prosto na Niesułów.

Zdecydowałam tak, mimo że google maps wskazywał, że będzie dalej, ale potrzebowałam iść bez zastanawiania się, gdzie tu skręcić. Przyszła mi też taka myśl, że jeśli będę potrzebować pomocy, to ona się zjawi.

Ruszyłam, starając się, dla oszczędzania energii, iść równym tempem. Szłam i szłam. Aż w pewnym momencie usłyszałam za sobą samochód. Zatrzymał się.

– Jadę na Niesułów, podwieźć? – zapytał kierowca. Chwila namysłu. Przecież miałam dojść. A potem znowu myśl – to jest ta pomoc.

– Chętnie – odpowiedziałam. Wsiadłam. I już po kilku minutach wiedziałam, że dobrze zrobiłam, było dalej niż myślałam. Zaczęliśmy rozmawiać, jak się okazało mężczyzna pracuje w schronisku dla bezdomnych, a poza pracą interesuje się historią okolicy.

W pewnym momencie zadzwonił do niego telefon. Po krótkiej rozmowie okazało się, że musi jechać do Gidel, by załatwić jakąś sprawę. I tak oto dojechałam pod sanktuarium, a było już południe, a ja byłam od 4 rano na nogach.

A potem wszystko ułożyło się cudownie. Do sanktuarium przyjechała jakaś grupa pielgrzymkowa i dołączyłam do niej na mszę, dzięki temu mogłam wysłuchać poruszającego kazania. Zostanie mi w pamięci.

Tak musiało być, gdybym nie skorzystała z pomocy, ominęło by mnie to, co potrzebowałam usłyszeć. Ta sytuacja z dziś uświadomiła mi też, że wiara tylko we własne możliwości, choć potrzebna, nie może być bezgraniczna.

Potrzebni są inni ludzie, którzy choćby poprzez drobne, ale często kluczowe uprzejmości, czynią świat przyjaźniejszym. I jestem za to wdzięczna. Bo samotne drzewo nie stanowi lasu.

Okolice Gidel

***

Moi Drodzy, każda wędrówka się kiedyś kończy. Przed chwilą wyjechałam z Gidel do Częstochowy, skąd dojadę już do Łodzi. Więcej o Gidlach i sanktuarium, które ma interesującą historię, napiszę na blogu.


NOTATKI Z DROGI z poprzednich dni: DZIEŃ 1, DZIEŃ 2, DZIEŃ 3.


Ps. Dziękuję, że towarzyszyliście mi w moich radościach i zmaganiach, czułam Waszą obecność i zainteresowanie. Wielkie dzięki!

Wędruję i piszę. Wędruję, bo każdy czas jest dobry, by wyruszyć w świat. Piszę, by oswajać przemijanie i inspirować do wędrówek. “Opowieści Wędrowne” to blog o tym, co możesz znaleźć, będąc w drodze.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments