Można wędrować także zimą. I o tej porze roku nie tylko góry są atrakcyjne, ale także nizinne lasy i to niekoniecznie puszczańskie. Przekonałam się o tym, przemierzając kilka dni temu trasę od Chechła do Kolumny, biegnącą przez Las Karolewski.

Byłam w nim jesienią i wówczas zachwycił mnie złoto-miedzianymi trawami, złotymi szpalerami brzóz, śródleśnymi stawami i nostalgicznym spokojem, co możecie zobaczyć na zdjęciach zamieszczonych we wpisie. “Las Karolewski i jesienne impresje“. Wtedy, po tamtym spacerze, obiecałam sobie, że wrócę do niego zimą, by zobaczyć go w bielach, sepii i szarościach. I tak się stało.

Zwykle chodzę sama, bo tak najbardziej lubię, ale tym razem na wędrówkę wybrałam się z synem i jego przyjaciółką. Zaplanowana trasa biegła z Chechła, przez Las Karolewski i wieś Barycz, do Kolumny i miała wynosić ok. 14 km.

Ostatecznie zrobiliśmy jednak ponad 18, co z przerwami na robienie zdjęć, małe szaleństwa (jak np. wchodzenie na kilkumetrową stertę pociętych pni i gałęzi), przedzieranie się przez leśną gęstwinę poza wydeptanymi ścieżkami (no cóż, jak szaleć to szaleć, także zimą) i krótkie odpoczynki, zajęło nam 7 godzin.

I było to bardzo przyjemnych siedem godzin.

Chechło – początek wędrówki

Naszą wędrówkę zaczęliśmy w Chechle, dokąd z Łodzi dojechaliśmy pociągiem (ok. 35 minut).

Chechło, licząca ok. tysiąca mieszkańców wieś położona przy drodze wojewódzkiej nr 482, sama w sobie nie przedstawia jakiejś szczególnej atrakcji turystycznej. Ciekawe natomiast jest pochodzenie jej nazwy. Mianowicie w dawnym języku polskim “chechło” znaczyło tyle, co mokradła, co wskazuje na to, jak mogły wyglądać kiedyś te tereny. Ludzie bowiem często nadawali miejscom nazwy odzwierciedlające ich przymioty.

O tym, że teren ten mógł być podmokły, a tym samym trudny do zagospodarowania, może też świadczyć fakt, że gdy kanonik krakowski i administrator dóbr pabianickich Jan Dobrzański wydał w 1784 r. dokument o założeniu Kolonii Chechło, podjęto decyzję, by zajęli się tym sprowadzeni z zachodniej Wielkopolski osadnicy olęderscy.

Któż przecież poradziłby sobie lepiej z nisko położonym i podmokłym terenem, jak nie oni? I tak na terenach, które jeszcze w średniowieczu określane były mokradłami (chechło), rozwinęła się wiejska osada o nazwie Chechło. Dziś w zasadzie mamy dwa Chechła: I i II. Położone blisko siebie tworzą praktycznie jedną osadę, która ma też swoją wojenną historię.

To tu, 7 września 1939 r., w walce z Niemcami, by odbić wieś z ich rąk, polegli żołnierze 72. pułku piechoty im. płk. Dionizego Czachowskiego, co upamiętnia znajdujący się we wsi obelisk.

Tu też znajduje się pomnik upamiętniający rozstrzelenie przez Niemców 8 września 1939 r. Janka Piechoty, harcerza z Pabianic, oraz kilku mieszkańców z Klimkowizny. Miejsce to stanowi teraz jeden z przystanków turystycznego szlaku czerwonego – Szlak “Bitwy o Pabianice 7 września 1939 r.

W Chechle jest też cmentarz olęderskich mieszkańców wsi oraz kaplica pw. św. Józefa Rzemieślnika, zlokalizowana przy ulicy Lipowej. To właśnie nią idzie się przez całą wieś Chechło II do Lasu Karolewskiego, co – od stacji kolejowej na skraj tego lasu – zajęło nam ok. 25 minut. Ale można też dojechać tu samochodem i zostawić auto w pobliżu lasu.

Las Karolewski w zimowej odsłonie

Otulony śniegiem przywitał nas całkowitą ciszą, a przez to, że drzewa liściaste o tej porze są nagie i nie tworzą gęstych zasłon, sosny wydały mi się szczególnie wyniosłe i wysokie. Patrzyłam na nie zadziwiona, bo miałam wrażenie jakby niezwykle urosły od mojego pobytu tu jesienią. A to przecież niemożliwe. Chyba że to bajkowy las :-).

Jak w bajce o Królowej Śniegu, wydał mi się też teren rezerwatu przyrody Duża Woda, ze znajdującym się w środku lasu stawem Jezior Wielki. O tym rezerwacie pisałam już jesienią we wpisie “Las Karolewski i jesienne impresje“, więc nie będę się powtarzać, ale wiem jedno – warto wracać w te same miejsca o różnych porach roku i o różnej pogodzie.

Tak było i teraz. Niby to samo miejsce, ale jednak inne: wtedy ciepłe i przytulne, teraz – przez wszechobecną biel śniegu, mglistą poświatę szarości nieba, wypłowiałe jasne brązy uschłych traw i szarozielonkawe czernie drzew – wydało się odległe, nieprzystępne, zastygłe, wręcz martwe. A mimo to piękne.

Przy stawie Jezior Wielki zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek na kanapki i kubek gorącej herbaty, by wyruszyć dalej w stronę południowo-zachodniego skraju lasu, a potem – wzdłuż trasy E67 – dojść do wsi Barycz.

Idąc do “wyjścia” z lasu, natrafiliśmy na ciekawe miejsca, do których nie dotarłam jesienią. Ten fragment był bardziej pagórkowaty, z śródleśnymi stawami i mokradłami. Warto wspomnieć, że przez Las Karolewski biegnie czerwony szlak turystyczny – Szlak Okolic Łodzi oraz szlak zielony: Szlak Pabianice-Łask.

Z Lasu wyszliśmy po ok. 3 godzinach na drogę S14, tworzącą pętlę przy E67. Niestety, trasy te, choć wygodne dla komunikacji samochodowej, utrudniają swobodne piesze wędrówki, ale jakoś udało nam się przejść na drugą stronę S14.

Odcinek od skraju Lasu Karolewskiego do wsi Barycz, liczący ok. 6 km, pokonaliśmy, idąc po prawej stronie E67 częściowo przez dość wąski w tym miejscu pas lasu, a częściowo – niestety – ścieżką biegnącą blisko szosy. Miało to tę wadę, że słychać było szum samochodów, ale też tę zaletę, że nie trzeba było iść przez tereny zabudowane. Jeśli jednak ktoś woli maszerować przez wieś, to może wybrać drogę przez Mogilno Duże.

Atrakcje Baryczy

Barycz to duża wieś znana już w XV w. Obecnie ma raczej charakter letniskowy, gdyż położona nad Grabią – rzeką o najczystszych wodach w środkowej Polsce – wśród pięknych sosnowych lasów stanowi dobre miejsce dla spokojnego wypoczynku.

Jeszcze do niedawna był tu nieczynny młyn wodny z lat 20. XX w. Niestety, dwa lata temu zabudowania drewniane spłonęły, został tylko budynek murowany, ale i on – jak widziałam – idzie w ruinę.

Tuż obok ruin młyna znajduje się niewielki zbiornik retencyjny, który wygląda jak staw i przede wszystkim służy wędkarzom. Kiedyś można było się w nim kąpać, ale ze względu na częste utonięcia kąpiel w nim została zakazana.

Przez wieś przebiega niebieski szlak turystyczny – Szlak “Osady Braci Czeskich“. Liczy on 65 km i prowadzi od Widawy, przez Zelów i Barycz do Łasku Kolumny. Szlak ten, nawiązujący do osadnictwa czeskiego w gminie Zelów, jakie miało miejsce w XIX w., jest szlakiem pieszym, ale nadaje się także do jazdy rowerem.

Tak jak będąc w Lesie Karolewskim jesienią, obiecałam sobie, że wrócę zimą, tak teraz, zimą, będąc po raz pierwszy we wsi Barycz, obiecałam sobie, że wrócę tu na wiosnę. Dlaczego? Bo chciałabym zobaczyć to miejsce – dziś zbielałe, nagie, ciche – we wiosennym rozkwicie.

Kolumna – koniec wędrówki

Po odpoczynku we wsi Barcz na… kanapie (tak, przy głównej ulicy, pod płotem jednego z domostw, stała całkiem wygodna kanapa, z której nie omieszkaliśmy skorzystać, by usiąść i coś zjeść oraz napić się jeszcze ciepłej herbaty z termosu) ruszyliśmy do Kolumny.

I tutaj – przez naszą nieuwagę – nastąpiła lekka zmiana planów. Zamiast iść na północ, ruszyliśmy na północny-zachód, co miało swoje konsekwencje: naddaliśmy 4 kilometry drogi i pozbawiliśmy się widoków prawdopodobnie całkiem ładnego fragmentu lasu. Ale nic to! Przecież jeszcze tu wrócę!

Do Kolumny, idąc trochę przez las, trochę przez pola, dotarliśmy po czternastej. I jakaż była nasza radość, gdy okazało się, że działa tu przydrożny bar, gdzie można było zamówić obiad na wynos. Dawno nie smakował mi tak kapuśniak, jak tu! I nic tak nie rozgrzewa zimą jak gorąca zupa!

Po obiedzie ruszyliśmy na dworzec, skąd po piętnastej mieliśmy pociąg do Łodzi. Było zbyt mało czasu, by pospacerować po Kolumnie, a przecież z tym miejscem mam wiele wspomnień z dzieciństwa. To właśnie tu, mając zaledwie 5 lat, byłam pierwszy raz na letnich koloniach i przez kilka kolejnych lat wracałam tu co roku.

Lubiłam tu przyjeżdżać i kolonie wspominam jako szczęśliwy czas. Mieszkaliśmy w lesie, jakiż on wydawał mi się wtedy duży, w drewnianych barakach, potem w murowanym budynku, a niedzielną atrakcją był wymarsz do pobliskiego kina. Szkoda, że nie pamiętam jego nazwy, a filmy, które oglądaliśmy, pamiętam jak przez mgłę. Eh, ile to już lat minęło. I ile zapewne się zmieniło. Chyba wybiorę się latem do Kolumny, by ożywić przyblakłe już wspomnienia i wtedy coś więcej o niej napiszę.

Pociąg przyjechał punktualnie. Nieco zmęczeni, ale zadowoleni, wracaliśmy do domu. Po kilku godzinach zimowej wędrówki i wręcz oszałamiającej dawki tlenu, utuliło nas ciepło i ukołysał rytmiczny stukot kół pociągu. Drzemka była nieunikniona. Czułam błogość.


Fotorelacja z zimowej wędrówki Chechło-Kolumna

 

Wędruję i piszę. Wędruję, bo każdy czas jest dobry, by wyruszyć w świat. Piszę, by oswajać przemijanie i inspirować do wędrówek. “Opowieści Wędrowne” to blog o tym, co możesz znaleźć, będąc w drodze.

Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Akacja
8 miesięcy temu

Tak, zimą można wędrować. Nawet należy. U mnie ro stan naturalny, choć w metrowym śniegu wędruje się ekstremalnie.