Mam 55 lat, jestem kobietą i wędruję sama. Nie, to nie jest ogłoszenie matrymonialne. Chcę tylko pokazać, że ani wiek, ani płeć nie musi być przeszkodą w wędrowaniu w pojedynkę, jeśli oczywiście ktoś to lubi, tak jak ja. Jest jeden warunek, trzeba się przygotować, aby czuć się bezpiecznie.

Niedawno wróciłam z czterodniowej wędrówki po Puszczy Białowieskiej. Fakt, nie jest to Puszcza Amazońska, ale każda wyprawa wiąże się z jakimś ryzykiem. Moja zasada są prosta – oceniam ryzyko, przygotowuję się na nie i idę.

Idę, bo nie jestem nadmiernie bojaźliwa. Bo gdybym była, to siedziałabym w domu, delektując się bezpiecznym poznawaniem puszcz z książek. Ale też nie jestem ekstremalnie ryzykowna. I jeśli mogę coś zrobić, by ograniczyć niebezpieczeństwo, to robię.

Dlaczego? Bo chcę wrócić do domu, cieszyć się wspomnieniami i dzielić się tym, co przeżyłam, z innymi. Jak choćby we wpisie pt. Wyprawa w głąb Puszczy Białowieskiej. Dzień pierwszy: od Hajnówki do Czerlonki.

Wędrowałam po niej przez cztery dni (3-6 czerwca), z tego dwa dni z plecakiem ok. 10 kg wagi, w zmiennej aurze (raz słońce, raz deszcz). Dwa dni szłam zielonym szlakiem, który biegnie z Hajnówki do Białowieży, kolejne dwa poświęciłam na inne miejsca. Dziennie robiłam ok. 15 kilometrów.

Sytuacje? Trzy razy się zgubiłam (no cóż, zdarza się nawet najlepszym), ale się odnalazłam. Pokonałam niezły tor przeszkód z powalonych drzew i miałam za plecami burzę. Spotkałam wilka (którego nie szukałam) i trzy żubry w naturze (których szukałam). Nic mi się nie stało. Wróciłam na swoje 55 urodziny.

To było tytułem wstępu.

A teraz 5 rzeczy, które sprawdziły mi się w Puszczy Białowieskiej.

Numer 1: Spodnie przeciwdeszczowe – absolutny hit wyprawy

Zabranie ich ze sobą na wędrówkę do Puszczy Białowieskiej okazało się strzałem nie tylko w dziesiątkę, ale nawet w dwunastkę.

Bo te spodnie (patrz fotka) nie tylko chroniły mnie od deszczu, którego przez cztery dni miałam pod dostatkiem, ale bez nich nie sforsowałabym bezpiecznie przeszkód z powalonych drzew, jakie pojawiały się na mojej drodze i wymagały czasem tarzania się po ziemi pod nimi, czasem przekraczania ich górą – zawsze mokrych, z gałęziami, często ostro kończonymi, bo połamanych.

W tych spodniach mogłam usiąść na mokrej ziemi (np. gdy nad Narewką przyglądałam się ptakom i robiłam im zdjęcia o świcie, a także wtedy, gdy wyszłam prawie w nocy na poszukiwanie żubrów).

W tych spodniach mogłam bez żadnych szkód przedzierać się przez chaszcze i rozpadliny, w jakie się wpakowałam, gdy zbłądziłam. Mogłam też stać spokojnie wśród sięgających mi prawie do pasa pokrzyw, gdy zastanawiałam się, w którą stronę pójść.

W nich też mogłam bez obaw iść wśród wysokich i mokrych traw i nie myśleć o kleszczach.

Te spodnie są bardzo wygodne. Zakłada się je na siebie bez zdejmowania butów (bo jest to ostatnia rzecz, jaką chce się robić w puszczy, gdy jest mokro), gdyż mają stosowne suwaki. Nie trzeba też zdejmować spodni, które już ma się na sobie.

Nogawki spodni przeciwdeszczowych są wystarczająco długie, by przykryć buty i świetnie się układają (nie podciągają się, nie wywijają, nawet, gdy chodzi się po chaszczach).

Materiał jest bardzo mocny, wodoodporny i jednocześnie oddychający – człowiek nie poci się w nich. Spodnie są lekkie i w plecaku zajmują mało miejsca.

W zasadzie, jak dla mnie, nie mają żadnych wad. Kupiłam je za ok. 160 zł. Jeśli się zdecydujesz na zakup, wybierz o rozmiar większe, gdyż co do zasady zakłada się je na inne spodnie, w których sobie idziesz, gdy nie pada, a na drodze nie ma przeszkód.

Numer 2: Podkolanówki

Tak, po tej wyprawie już wiem, że są lepsze od skarpetek. Oczywiście nie takie zwykłe podkolanówki, ale do trekkingu. Zalety?

Po pierwsze mają na różnej wysokości odpowiednią siłę nacisku, przez co tak otulają łydkę, że masz wrażenie dodatkowego wygodnego wsparcia. Moim zdaniem nogi mniej się przez to męczą.

Po drugie stanowią dobrą ochronę przed kleszczami. Bardzo mało jest prawdopodobne, by przebił się przez nie jakiś, czy wdrapał aż do kolan.

Po trzecie, ponieważ są mocne, to stanowią dobrą dodatkową ochronę dla nóg przed zadrapaniami czy skaleczeniem, o które w lesie nietrudno. I oczywiscie są przewiewne, nie uciskają, czyli też same zalety.

Numer 3: Bluzka z długim rękawem mocowanym na kciuku

Do lasu zawsze zakładam bluzki z długimi rękawami. Ale po raz pierwszy wzięłam taką, w której rękaw mogę niejako ustabilizować, przekładając znajdujący się w nim otwór przez kciuk (patrz fotka). I okazało się to dla mnie mega pożyteczne.

Dlaczego?

Bo jak pisałam, musiałam pokonywać tor przeszkód z drzew, często odgarniać rękami mokre gałęzie, sięgać w różne miejsca. Bez takiej stabilizacji rękaw się podciąga i odsłania przedramię. W tej bluzce jest to niemożliwe i cały czas, niezależnie od ruchów, przedramię jest chronione. Także przed kleszczami.

Poza tym w każdej chwili, np. podczas odpoczynku, mogę w prosty sposób zdjąć rękaw z kciuka, a nawet – jeśli mam przed sobą tylko spacer, po prostu podwinąć czy podciągnąć. Też same zalety.

Numer 4: Rękawiczki na siłownię

Tak. Właśnie takie zabrałam ze sobą. Też same zalety.

Są wygodne, nie przeszkadzają w korzystaniu z telefonu (np. gdy w Google Maps szukasz, gdzie jesteś ;-), a jednocześnie chronią dłonie przed skaleczeniami, gdy odgarniasz i ogarniasz te gałęzie i krzaki, a nawet pokrzywy.

Numer 5: Mapa foliowana, łatwo składalna, wodoodporna

Ileż to ja razy sięgałam po mapę, wędrując po puszczy! Z tego większość czasu w deszczu i mokrymi, niekoniecznie czystymi rękoma.

Myślę, że gdybym wzięła mapę papierową, to już pod koniec pierwszego dnia wędrówki byłyby z niej strzępki lub co najmniej miejscami stałaby się nieczytelna, bo zabrudzona. I co wtedy? Sami wiecie.

A tak deszcz nie deszcz, liście nie liście, ziemia mnie ziemia, a mapa cała. No, prawie, bo brzegi trochę się nadwyrężyły, ale w żaden sposób nie utrudnia mi to korzystania z niej.

A tak na marginesie map: dobrze zapoznajcie się ze swoją przed wyprawą. Ja tutaj trochę dałam ciała i nie wczytałam się dokładnie w oznaczenia.

To sprawiło, że drugiego dnia pomyliłam granice rezerwatu ze szlakiem zielonym (ale wtopa). No cóż, to i to było zaznaczone na mapie na zielono, tu i tu były kreski, ale jakoś umknęły mi istotne różnice między nimi. Teraz będę dokładniejsza.

Bo nic tak nie uczy, jak doświadczenie. Także cudze. Więc skorzystaj z tych rad i wędruj zdrowo i bezpiecznie.

A u Ciebie co się sprawdza w wędrówce po lesie?

Wędruję i piszę. Wędruję, bo każdy czas jest dobry, by wyruszyć w świat. Piszę, by oswajać przemijanie i inspirować do wędrówek. “Opowieści Wędrowne” to blog o tym, co możesz znaleźć, będąc w drodze.

Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Arek
Arek
3 miesięcy temu

O widzę, że jesteśmy rówieśnikami 🙂