Kręte, w mozaice brązów i zieleni ledwie widoczne ścieżki i przedeptane, niewymagające uwagi leśne dukty. Tworzące przeszkody powalone drzewa i ich murszejące pnie, pozwalające przysiąść i odpocząć. Ciemne bory i jasne prześwity, grzęzawiska i twardy grunt. Oto Puszcza Białowieska. I opowieść o obawach i spokoju, trudzie i odpoczynku, przeszkodach, błądzeniu i odnajdywaniu.  

Wyprawa do Puszczy Białowieskiej to mój prezent, jaki sprawiłam sobie na moje 55 urodziny. I dziś, już po powrocie wiem, że wybór tego miejsca wędrowania, choć intuicyjny, nie był przypadkowy. I że tak miało być. Choć gdybym wiedziała, że…, to kto wie?

Preludium

Z Łodzi do Białegostoku wyjechałam pociągiem z przesiadką w Warszawie. I tu mała dygresja, ale jakże związana z naznaczonym epidemią czasem – dawno nie widziałam tak pozbawionego życia Dworca Centralnego.

Ludzi na peronach było niewiele, a handel w dworcowych sklepikach i kafejkach ledwie się tlił. Poczułam się nieswojo. A przecież, gdy bywałam tu przed epidemią, to w duchu narzekałam na tłok i przemieszczających się w przeróżnych kierunkach podróżnych. A nawet myślałam – niech znikną. I znikli. I teraz wcale nie poczułam się z tym lepiej.

Bo dworce jednak są od tego, by pulsować energią ruchu, nadawać kierunek: stąd – dotąd, by być pełne ludzi, spotkań i rozstań, przesiadek i końców podróży. Gdy tego nie ma, dworce marnieją. Niech już będzie koniec tej epidemii, realnej czy tylko strachu, wszystko jedno – pomyślałam – i niech wróci dworcowy zgiełk.

Do Białegostoku dotarłam przed północą. Padało. Zaczyna się – pomyślałam i znalazłszy taksówkę, szybko dotarłam do hostelu.

Był praktycznie pusty. Lekko zaspana pani pokazała mi pokój. Chłód – to mnie w nim uderzyło. Chłodne światło, chłodna podłoga, chłodne powietrze. Choć byłam zmęczona, z powodu wszechobecnego chłodu nie mogłam zasnąć, a miałam wstać wcześnie rano. Na szczęscie sprawdziła się folia termiczna (o tym dość nietypowym, hostelowym jej wykorzystaniu napiszę w tekście, co przydaje się w wędrówkach po puszczy).

Ogrzana nią i ukołysana monotonnym szumem padającego deszczu zasnęłam. O piątej obudziła mnie porządna ulewa. Byłam niewyspana i zadecydowałam, że do Hajnówki pojadę późniejszym autobusem.

Droga do niej, z powodu objazdów, trwała dłużej niż myślałam. Miało być półtorej godziny, a wyszło ponad dwie. W tym czasie słońce próbowało przebić się przez chmury. Te jednak wciąż napływały, aż zrobiła się ulewa. Na szczęście szybko przeszła i Hajnówka przywitała mnie już bezdeszczowo.

By nie tracić czasu, który trochę mi się skurczył, od razu ruszyłam zielonym szklakiem (który zaczyna się w centrum Hajnówki, przy ul. 3 Maja) i biegnie do Białowieży przez Rezerwat Krajobrazowy im. Władysława Szafera.

Chciałam wreszcie wejść do puszczy.

U bram puszczy

Pierwsze kilkaset metrów od granicy rezerwatu – przyznaję – wzbudziło lekkie rozczarowanie.

Las jak las – pomyślałam. Piękny, to prawda, ale… ale już po wkroczeniu w Nieznany Bór, w miejscu, gdzie zielony szlak przecina szosę 695 (Hajnówka-Białowieża) i tory kolejki wąskotorowej – zmieniłam zdanie. Nie co do urody, ale co do charakteru.

Puszcza Białowieska to jednak nie jest zwykły las, o czym przez cztery dni wędrowania miałam przekonać się na ciele i duchu.

Gdy zatopiłam wzrok we wszechogarniającą zieleń, a do mych uszu zaczęły docierać puszczańskie odgłosy, poczułam się, jakbym trafiła do jednego z tych tajemniczych lasów, jakie są miejscem niezwykłych wydarzeń w baśniach, bajkach i legendach.

Nie, nie stałam się ich częścią ani żadną z baśniowych postaci, lecz raczej obserwatorem, który nagle znalazł się wewnątrz innego świata i chcąc, nie naruszając biegu wydarzeń, zobaczyć jak najwięcej, pragnie zostać niezauważonym.

I rzeczywiście, puszcza jakby mnie ignorowała, pozwalając iść w głąb siebie bez przeszkód. Szłam, rozglądałam się z zaciekawieniem, robiłam zdjęcia i cieszyłam się, że nie pada. Na krótko.

Przeszkody są od pokonywania

Niebo znów zaczęło się chmurzyć i usłyszałam, najpierw gdzieś wysoko w górze, miękkie uderzenia pojedynczych kropli deszczu o liście. Gdy zaczęły kapać coraz gęściej i dosięgły już niższy partii drzewostanu, a potem poszycia, nie czekając, aż lunie, ubrałam się w dodatkowe spodnie przeciwdeszczowe.

I to była dobra decyzja (o tym w tekście, co sprawdziło się na wędrówce po puszczy). Rozpadało się na dobre. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie przeczekać deszczu, chowając się głębiej pod drzewami, ale intuicja podpowiadała mi, że może tak padać nawet kilka godzin. I miałam rację.

Puszcza jakby nieco przycichła i rozmyła swoje kontury. Monotonny szum wody zastąpił polifoniczny śpiew ptaków, a pokryta wodną woalką soczysta zieleń zbladła. Mimo to szłam, pilnując oznaczeń, które w tej aurze stały się mniej widoczne.

I jakież było moje dziwnie, gdy nagle szlak mi się urwał. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie.

Przede mną, w poprzek ścieżki, leżało powalone drzewo. Ale nie jakiś zwykły pień, który wystarczy przekroczyć, podnosząc nogi, lecz drzewo pełne gałęzi – całych jeszcze, ulistnionych, oraz już połamanych, ostro zakończonych.

I to wielkie drzewo, leżące tak wśród innych, mniejszych drzew (no cóż, upadając, musiało je po drodze „zgarnąć” i przygiąć swym ciężarem), stało się nagle przeszkodą. Nie dla natury, bo ta zawsze znajdzie swoją drogę, ale dla mnie – obserwatora, który niezauważony chciał podejrzeć puszczę.

Przez chwilę zwątpiłam, czy jednak nie zeszłam ze szlaku. Zawróciłam kawałek, ale nie, wszystko było w porządku. Oznaczenie wskazywało, że jestem na właściwej drodze.

I tak oto stałam: sama, w puszczy, w deszczu, z przeszkodą przed sobą i odgłosami burzy za plecami. Ta jednak, na szczęście, po kilku pomrukach odpuściła i poszła sobie inną drogą, a ja skupiłam się na pokonaniu, przecież i tak pokonanego przez swój własny los, drzewa.

I pomyślałam – każde leżące drzewo gdzieś się przecież kończy i gdzieś zaczyna, więc może uda mi się je po prostu obejść. I spróbowałam, to z lewej, to z prawej strony, ale tam było jeszcze gorzej – las się zagęszczał, duże, masywne drzewa przeplatały chaszcze, a pod nogami pojawiał się grząski grunt.

Wróciłam na szlak i już wiedziałam, że albo muszę zawrócić, albo zmierzyć się z przeszkodą wprost. Przyjrzałam się jej dokładnie, szukając jakiś słabych stron, czegoś, co sprawi, że nie będę wobec niej tak bezbronna.

I znalazłam – pomiędzy gałęziami dostrzegłam prześwit, miejsce mniej ulistnione i bez zbyt ostrych zakończeń. Na tyle szeroki, by wraz z plecakiem spróbować się przez niego przecisnąć. Pozostawało wspiąć się na pień, który leżąc, sięgał mi prawie do piesi. Za drabinę posłużyły leżące przy ziemi gałęzie.

Weszłam na nich, usiadłam na śliskim pniu, przełożyłam nogi i zsunęłam się z drugiej strony. Po odsłonięciu ręką gałęzi zobaczyłam w oddali oznakowanie szlaku. Byłam na właściwej drodze. Ruszyłam dalej, mając nadzieję, że ta przeszkoda jest jakimś wyjątkiem.

Bo przecież to oznakowany szlak, coś, co z założenia ma się dać przejść i, pomijając trud marszu, raczej bez przeszkód. A jednak myliłam się, co w pełni miało się okazać drugiego dnia.

Deszcz przestawał padać. Puszcza ożywiała się odgłosami i nabierała kolorów. I znów była mi przyjazna w ten swój cudowny sposób niezwracania na mnie uwagi.

Gdy dotarłam do miejsca, gdzie szlak przecina tory kolejki drezynowej i skręca ostro w prawo, rozpogodziło się zupełnie. Nadeszła pora na odpoczynek.

Tym razem dąb, a w zasadzie to, co po nim zostało – murszejący pień – stał mi się udogodnieniem. Posłużył za stół i ławę zarazem. Dawno nie siedziało mi się tak wygodnie i dawno tak wybornie nie smakowała mi gorąca, słodka herbata.

Ciało nabierało energii, a duch – po chwilach obaw – spokoju. Po prostu byłam i dziękowałam Bogu za tę drogę i tę chwilę.

Gdy z drogi zwiedzie motyl

Droga do Wilczego Jaru odbywała się dalej bez przeszkód, a szlak robił tuż za nim skręt w lewo, by potem biec w linii prostej do Zwierzyńca. Łatwizna – pomyślałam i radośnie szłam dalej.

Świeciło słońce, wysoki las coraz częściej poprzetykany był niskim drzewostanem, ciemna zieleń miejscami ustępowała jasnej, pojawiały się trawy i kwiaty. I pojawił się motyl. Był taki maleńki jeszcze. I był sam, zupełnie jak ja, ale nie samotny. Koniecznie zapragnęłam zrobić mu zdjęcie.

I tak goniąc za motylem, nie wiedzieć kiedy, doszłam znowu do torów kolejki drezynowej. A motyl jak to motyl, po prostu mi uciekł, nie dając się sfotografować. Poczułam niepokój, gdyż nie dostrzegłam żadnego oznakowania szlaku.

Sięgnęłam po mapę. No tak, swoją nieuwagę i kuszenie motyla zeszłam ze szlaku. Chwila wahania – czy zawracać, by go odnaleźć, czy iść inną drogą – „szlakiem” nietypowym, bo po torach drezynowych, które – jak wskazywała mapa – prowadziły mnie prosto do Czerlonki.

Było mi trochę żal tego, czego nie zobaczę na szlaku zielonym, zmieniając plany, lecz pomyślałam sobie – przecież zobaczę coś innego. A skoro nie znam ani tego, co tracę, ani co zyskuję, to daremny jest żal za utraconym nieznanym. I spokojna ruszyłam w nowe nieznane.

“Po kolei” do Czerlonki

Droga okazała się wygodna, biegła prosto, a drewniane podkłady torów wtopiły się w naturę. Pod nogami miałam dywan z rozchodnika i traw, za plecami późno popołudniowe słońce, po obu stronach kwiaty, krzewy i las, który zmieniał swój charakter – do drzew liściastych, dołączyły iglaste: sosny, świerki i jodły.

Na mojej drodze pojawił się nawet jeleń – zupełnie jak z jakiegoś landszaftu. Wyszedł sobie z krzaków z lewej strony, wszedł na tory, spojrzał na mnie, by po chwili spokojnie zejść z torów i udać się w las. Niestety, nie dążyłam zrobić mu zdjęcia, a w zasadzie zrobiłam, ale uchwyciłam zaledwie moment zejścia, gdy łeb miał już schowany w listowiu.

Do Czerlonki dotarłam po 17. Cała, zdrowa, choć zmęczona, to nasycona wrażeniami. Przy przydrożnym krzyżu podziękowałam Bogu za ten pierwszy dzień mojej puszczańskiej wędrówki.

Pozostało jeszcze tylko dotrzeć na nocleg, który miałam zarezerwowany w Czerlonce Leśnej 7, w leśniczówce u „Jasia i Małgosi”. A jakże, przecież w takim lesie musiały wreszcie pojawić się bajkowe postaci.

Miejsce okazało się urocze, a na progu zamiast Baby Jagi przywitała mnie sympatyczna córka właścicieli. Wskazała pokój, maleńki, ale mający wszystko, co potrzeba, przede wszystkim wygodne łóżko i łazienkę.

Kobieta, wiedząc, że zmokłam, włączyła nawet piec w saunie, bym mogła wysuszyć mokre rzeczy, i zaopatrzyła w ciepłą kołdrę. Pomyślałam, że tej nocy nie będzie mi już chłodno. Po przepysznej kolacji i chwilach na werandzie, choć była dopiero dwudziesta, poszłam spać. Zasnęła od razu.

Tej nocy śniły mi się różne drogi, lecz ja musiałam wybrać jedną z nich.


Puszcza Białowieska okiem Filovery. Od Hajnówki do Czerlonki


Wędruję i piszę. Wędruję, bo każdy czas jest dobry, by wyruszyć w świat. Piszę, by oswajać przemijanie i inspirować do wędrówek. “Opowieści Wędrowne” to blog o tym, co możesz znaleźć, będąc w drodze.

Subscribe
Powiadom o
guest
6 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Ewwunia
Ewwunia
1 miesiąc temu

Piękny wyjazd. Nie wiem, czy miałabym odwagę iść tak sama. A Pani się nie bała? Słyszałam, że są tam wilki i w ogóle trochę jednak strach.

Anka
Anka
29 dni temu

Ładne zdjęcia. Byłam raz w Białowieży, ale dość dawno temu. Może znów się wybiorę? Tylko że dla mnie szlak trochę za trudny 🙁 czy są inne?

paulina
26 dni temu

Dziwne to podróżowanie w czasach zarazy. Ale dobrze, że są takie piękne miejsca jak Puszcza Białowieska 🙂 Wspaniały wyjazd!