Wstałam około trzeciej. Było jeszcze ciemno, zapaliłam więc światło, by przegnać spod powiek resztki snu. W planach miałam wyjście do lasu, by doświadczyć go o cudownej porze – między świtem a wschodem słońca.

Plecak spakowałam już wieczorem. Po wstaniu tylko się ubrałam i zrobiłam sobie gorącą herbatę do termosu oraz dwie kanapki, gdyż podczas wędrówek lubię czegoś ciepłego się napić i coś zjeść, siedząc na pniu drzewa lub w trawie.

Gdy wychodziłam z domu, szarzało. Ulice jeszcze spały, po drodze spotkałam tylko jakiegoś starszego pana z pieskiem. Zajęci sobą, nie zwrócili jednak na mnie uwagi. A ja byłam podekscytowana. Do lasu miałam jakieś 15 minut piechotą, w sam raz, by dotrzeć o czasie, gdy już nie będzie zupełnie ciemno, ale las jednak będzie jeszcze tonął w półmroku. To taki mój plan na oswajanie lasu przed spędzeniem w nim nocy.

Po czwartej dotarłam na ugór rozciągający się przed lasem i od razu usłyszałam dobiegające z niego odgłosy ptaków. Nie tłumione szumem miasta, które wciąż było pogrążone we śnie, były niezwykle dźwięczne i intensywne.

Las już nie spał.

Nad nim niebo zachodnie wciąż było ciemnoniebieskie, ale wschodnie powoli nabierało barw – róż mieszał się z fiołkowym, ocieplanym żółtawymi refleksami. Słońce było jeszcze schowane za horyzontem, ale już dawało o sobie znać, że znowu wzejdzie. Z każdą chwilą robiło się coraz jaśniej, pozwalając na rozróżnienie poszczególnych sylwetek drzew ubranych jeszcze w chłodne odcienie świtania.

Gdy tak szłam między świtem wschodem słońca skupiona na zmysłowym doświadczaniu lasu, w pewnym momencie usłyszałam bardzo blisko siebie szelest, jakby ktoś przemykał pomiędzy zaroślami. Przystanęłam. Lekko zaniepokojona zaczęłam się wpatrywać w gęstwinę, ale nic specjalnego nie zauważyłam. A potem spojrzałam na biegnącą w jej głąb ścieżkę i w odległości kilkunastu metrów zauważyłam jego.

To był lis.

Stał i patrzył na mnie.

Lis wcale nie wyglądał na spłoszonego, przypatrywał mi się intensywnie, a ja jemu, myśląc o tym, że to mój pierwszy lis! Poruszył się dopiero wtedy, gdy sięgnęłam po aparat fotograficzny, by zrobić mu zdjęcie. Najpierw lekko się cofnął, a gdy usłyszał dźwięk spustu migawki, czmychnął w krzaki.

Nie uciekł jednak zupełnie, towarzyszył mi jeszcze jakiś czas w mojej drodze schowany w zaroślach, bo wyraźnie słyszałam ich szelest. Zostawił mnie, gdy weszłam do mniej zarośniętej części lasu, a ten zmieniał się z każdą minutą. Zieleń liści nabierała coraz cieplejszego odcienia, słońce, które już wyłoniło się zza horyzontu, przesączało się między pniami i gałęziami i rozświetlało ścieżki i polany.

Położyłam się na brzuchu w trawie, by z tej pozycji podglądać las. Rośliny runa na tle złocistej poświaty rysowały się koronkowym wzorem świateł i cieni, między nimi migotały krople rosy, a nad nimi unosiła się mgiełka jakby zagęszczonego powietrza pełnego pyłków, owadów i zwiewnych, pajęczych nici. Działa się magia. Kolejny baśniowy las.

Tego poranka herbata i kanapki smakowały mi szczególnie wybornie. Nasycona nimi, ale wciąż nienasycona widokiem lasu między świtem a wschodem i tym po wschodzie słońca, ruszyłam dalej, by wrócić w to samo miejsce, gdzie spotkałam lisa. Nie było go już. Być może po nocnych wojażach smacznie spał gdzieś w swojej norze.

Pomyślałam, że jak wrócę do domu, to też się pewnie położę, by dokończyć przerwany sen, ale gdy dotarłam przed siódmą do domu, wcale nie chciało mi się spać. Byłam podekscytowana tą wędrówką i zapowiadał się piękny dzień. Zrobiłam sobie poranną kawę, usiadłam w moim ulubionym żółtym fotelu i zagłębiłam w książkę o leśnych zwierzętach. Był sobie lis…


Fotorelacja między świtem a wchodem słońca i po

Wędruję i piszę. Wędruję, bo każdy czas jest dobry, by wyruszyć w świat. Piszę, by oswajać przemijanie i inspirować do wędrówek. “Opowieści Wędrowne” to blog o tym, co możesz znaleźć, będąc w drodze.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments