Są tak małe, że łatwo je przeoczyć. A jednak kiedy raz zobaczy się te „błękitne oczy” Veroniki rozsiane w trawie, trudno potem przejść obok nich obojętnie.

Zauważyłam je tej wiosny u siebie w ogrodzie. Najpierw było to kilka kwiatków, niepozornych, drobnych, cudownie błękitnych niczym oczy nimfy albo jak niebo o rześkim poranku. A potem z każdym dniem było ich coraz więcej. Patrzyły na mnie łagodnie, gdy schylałam się, by dostrzec, jakie to nowe roślinki pojawiają się u mnie w ogrodzie wraz z wiosną. Tak, błękitne oczy – pomyślałam.

Nie wiedziałam jeszcze, jak się nazywa ta niepozorna, a jednak przyciągająca uwagę roślinka, dodająca mojej ogrodowej łące świetlistej poświaty. Zrobiłam więc zdjęcie i sprawdziłam jej nazwę w Internecie – to przetacznik ożankowy, o dumnie brzmiącej nazwie: Veronika chamaedrys. Ach, te błękitne oczy Veroniki. I nie chodzi tu o nimfę, gdyż łacińska nazwa tej roślinki nawiązuje do św. Weroniki – tej, która podała chustę Chrystusowi podczas drogi krzyżowej – symbolizując współczucie, pamięć i łagodność.

Błękitne oczy Veroniki – droga, pamięć, towarzyszenie

Veronika – pozwól, że będę używać spolszczonej łacińskiej nazwy imiennej przez tych, dla których trawnik musi być idealny, uważana jest za chwast. Inni jednak doceniają ją jako składnik łąki kwietnej, jest bowiem miododajna, pożyteczna dla pszczół i innych owadów.

Veroniki nie trzeba jednak wysiewać, by móc spojrzeć jej w oczy. Występuje bowiem naturalnie. Wystarczy iść tam, gdzie łąka spotyka się z lasem, schylić się i dostrzec. Veronika bowiem porasta przydroża, łąki, brzegi zarośli, widne lasy i ich skraje, miejsca ruderalne i okrajki. Zakwita w maju, dodając tym miejscom uspokajającej błękitnej poświaty.

To, że Veronika często rośnie przy drodze i na pograniczu enklaw np. łąki i lasu sprawiało, że dawniej uważano ją – podobnie jak inne niebieskie kwiaty – za roślinę „towarzyszącą” człowiekowi. Pojawiając się tam, gdzie stale chodził człowiek, nabrała symbolicznego znaczenia – pamięci o drodze, o domu i o powrocie.

W Anglii, gdzie przetaczniki nazywano speedwell – co miało znaczyć „pomyślnej drogi” albo „szybkiego powrotu do zdrowia” – wędrowcy zabierali czasem kwitnące gałązki Veroniki jako znak pomyślnej podróży.

Co ciekawe, w wiktoriańskim „języku kwiatów” przetacznik oznaczał też wierność, dobrą pamięć, powodzenie i cichą stałość uczuć.

Ale obok tej „wiernej” symboliki istnieje też bardziej ironiczny ludowy trop. W Niemczech naszą Veronikę, czyli przetacznik ożankowy, nazywano Männertreu – „męska wierność”. Tyle że był to raczej żart. Kwiaty po zerwaniu bowiem bardzo szybko opadają, więc nazwa miała oznaczać coś nietrwałego i ulotnego. Czyż nie jest to piękny przykład dawnego ludowego humoru botanicznego?

Znalazłam też ślady bardziej „magicznego” traktowania przetacznika w tradycjach zielarsko-ezoterycznych. Nie są to źródła stricte etnograficzne, raczej współczesne opracowania inspirowane dawnym zielarstwem, ale interesujące. Mianowicie przetacznik noszony przy sobie miał poprawiać pamięć i elokwencję, a spalanie ziela traktowano jako oczyszczające przestrzeń.

To bardzo pasuje do „charakteru” tej rośliny. Nie kojarzono jej bowiem z gwałtowną magią czy ochroną przed demonami, lecz raczej z jasnością myśli i łagodnością umysłu.

Ach, ten błękit

Zanim powstała psychologia koloru, według której kolor niebieski obniża napięcie nerwowe i daje poczucie bezpieczeństwa, niektóre dawne tradycje ludowe uznawały drobne, niebieskie kwiaty za rośliny „uspokajające dusze”. Wiązano je ze spokojem, pamięcią (np. niezapominajka), snem i „ochładzaniem” nadmiernych emocji.

Do taki roślin zaliczano właśnie Veronikę, kojarzoną z jasnością, oczami, czuwaniem, spokojem i „dobrym widzeniem świata”. Veronika ma bowiem w sobie coś subtelnego – nie dominuje krajobrazu jak maki czy łubiny, których nie sposób od razu nie zauważyć.

Veronika po prostu jest – migocze w trawie, ale by zobaczyć jej drobne błękitne kwiaty, trzeba się zatrzymać albo schylić. Jest takim drobnym znakiem obecności świata – tego cichego, niepozornego, ale uparcie trwającego. Dającego się poznać wtedy, gdy poświęci mu się uwagę.

Na podleśnych łąkach kolor Veroniki bywa wręcz zaskakujący – chłodny, czysty błękit pośród soczystej zieleni traw. Zwłaszcza rano albo po deszczu wygląda niemal świetliście.

Na głowę i oczyszczenie

Veronika (dla przypomnienia – przetacznik ożankowy) to jedna z tych niepozornych roślin, którą dawniej znano znacznie lepiej niż dziś. W tradycji ludowej należała do „małych ziół oczyszczających”, nie tak znanych jak krwawnik czy dziurawiec, ale obecnych w zielarskich praktykach wiejskich.

Co ważne, wiele dawnych przekazów nie odróżniało dokładnie poszczególnych gatunków przetaczników i w dawnych zielnikach właściwości przypisywano często całemu rodzajowi Veronica, zwłaszcza przetacznikowi lekarskiemu, czyli Veronica officinalis. 

W dawnej medycynie ludowej przetaczniki, w tym naszą Veronikę, stosowano głównie w postaci naparu w wiosennych kuracjach oczyszczających oraz jako łagodne zioło „na głowę” – Veroniki miały poprawiać pamięć, koncentrację, a także uspokajać, a nawet poprawiać nastrój i likwidować zmęczenie psychiczne, szczególnie po zimie.

W fitoterapii ludowej wykorzystywano całą nadziemną część rośliny. Zbierano je zwykle w porze kwitnienia (maj-czerwiec), w pogodny dzień, rano, po obeschnięciu rosy. Następnie roślinki wiązano w pęczki lub rozkładano na płótnie i suszono na strychu lub pod innym zadaszeniem – w przewiewie i cieniu. Wierzono bowiem, że zbyt mocne słońce odbiera moc delikatnym roślinom o niebieskich kwiatach.

Najprostszy przepis ludowy na napar oczyszczający wyglądał mniej więcej tak: jedna łyżka suszonego ziela, zalana szklanką gorącej wody, parzona pod przykryciem przez 10-15 minut. Taki napar wiejskie babki parające się leczeniem ziołami zalecały pić 2-3 razy dziennie przez tydzień lub dwa na „oczyszczenie krwi”. 

Przetacznik czasem mieszano z innymi ziołami: fiołkiem trójbarwnym, pokrzywą, czy macierzanką. Były to typowe dla medycyny ludowej mieszanki wiosenne.

Rzadziej stosowano świeże ziele przetacznika, wówczas głównie zewnętrznie np. na swędzącą skórę lub drobne rany do których przykładano rozgniecione ziele celem oczyszczenia. W niektórych rejonach Europy świeże kwiaty Veroniki dodawano nawet do lekkich win ziołowych albo „piw wiosennych”, które miały wzmacniać organizm po zimie. Nie chodziło tu jednak o silne działanie lecznicze, ale raczej o symboliczne i łagodnie tonizujące.

Nauka patrzy w błękitne oczy

Współczesne analizy różnych gatunków przetaczników wykazują obecność w nich substancji czynnych, które faktycznie mogą mieć właściwości lecznicze. Są to glikozydy irydoidowe, flawonoidy, garbniki, kwasy fenolowe, śluzy i związki gorzkie.

Te właśnie substancje tłumaczą tradycyjnie przypisywane przetacznikom działanie przeciwzapalne, ściągające, moczopędne i „oczyszczające. Trzeba jednak zaznaczyć, że współczesna fitoterapia częściej wykorzystuje przetacznik lekarski (Veronica officinalis) niż sam przetacznik ożankowy (Veronica chamaedrys).

Czyż nie jest to jednak fascynujące, jak współczesna nauka odkrywa i potwierdza dawne spostrzeżenia ludowych „medyków” dotyczące leczniczych właściwości roślin?

Idę sobie nazbierać „błękitnych oczu” Veroniki. Teraz spojrzę w nie głębiej. 


Błękitne oczy Veroniki


Błękitne oczy Veroniki


Błękitne oczy Veroniki


Błękitne oczy Veroniki


Błękitne oczy Veroniki


 

Jestem pisarką, lekarzem i wędrowcem. Słowem i obrazem opowiadam historie zakorzenione w świecie przyrody i dawnych księgach, szukając w nich tego samego: ludzkiego doświadczenia, pamięci i sensu. Moimi przewodnikami są szepty starych drzew, zapach ziemi i echo dawnych czasów, ukryte w ciszy dróg i bezdroży.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów