Pobudka o czwartej rano to nic przyjemnego, szczególnie po zaledwie trzech godzinach snu i gdy za oknem jeszcze ciemno. Przykrość tak wczesnego opuszczenia ciepłego łóżka została jednak sowicie nagrodzona. Tego dnia zobaczyłam baśniowy las.

Zwykle wędruję sama, jednak – jako że dzień był świąteczny – na wędrówkę wybrałam się z synem. Naszym celem był Staw Łęg – duży zbiornik wodny znajdujący się w tuszyńskich lasach, w okolicy wsi Żeromin. By dotrzeć na miejsce na wschód słońca, z Łodzi wyjechaliśmy po piątej.

Droga na Tuszyn była prawie pusta i kusiła, by tak jechać przed siebie i jechać. Bezchmurne, jeszcze granatowe niebo, które z każdym kilometrem jaśniało, przechodząc w ten niezwykły odcień głębokiego ciemnego błękitu, jakby rozświetlonego od wewnątrz, zapowiadało piękną, słoneczną pogodę. Jechaliśmy w milczeniu.

Do Żeromina dotarliśmy przed szóstą. Zostawiwszy za wsią auto, ruszyliśmy przed siebie szutrową drogą. Syn szybko porzucił jednak wygodną ścieżkę i zdecydował się pójść na przełaj. Skręcił w dziką i zastygłą jeszcze o tej porze roku łąkę, gdzieniegdzie porośniętą krzewami, a ja poszłam za nim.

Gdy tylko zrobiłam krok, pod butami zachrzęściły mi podmarznięte wypłowiałe trawy. Lekko spowite rzednącą już mgłą, skrzyły się srebrzystym szronem, a między nimi gdzieniegdzie połyskiwały oka wody. Byliśmy na mokradłach. Przed nami, na tle różowiejącego już nieba, majaczyły niebieskofioletowe sylwetki drzew lasu, za którym znajdował się Staw Łęg – cel naszej wędrówki.

Chłód poranka oraz odgłosy leśnego i wodnego ptactwa, jakie nas dobiegały, dając wrażenie dzikości miejsca, sprawiły, że senność odeszła ode mnie zupełnie. W jej miejsce ogarnęła mnie ta cudowna ekscytacja, której doświadczam za każdym razem, gdy idę na wędrówkę w las. Tym razem jednak nie prowadziła mnie do niego droga – szłam za synem przez podmokłe bezdroże.

Szłam skupiona, szukając wzrokiem co bardziej zwartych kęp traw, zestalonych jeszcze zimnem nocy grud ziemi i drobnych gałęzi, dających lepsze oparcie butom. Gdy jednak noga omsknęła się, a ja raz i drugi wdepnęłam w wodę, zatapiając się w grząski grunt, pomyślałam, czy aby nie wejdziemy zaraz na jakieś bagna, z których trudno będzie się wydostać. Zaufałam jednak synowi i wkrótce zeszliśmy z mokradeł, docierając do lasu.

Las przywitał nas dostojną harmonią pni drzew: sosen, brzóz, olch i zarazem wdzięcznym chaosem plątaniny gałęzi, nagich jeszcze, ale już z widocznymi na nich zwiastunami odradzającego się życia. Szliśmy w zamyśleniu wygodną, leśną drogą, a z każdą minutą szarobłękitny świt coraz bardziej ustępował różowozłotemu wschodowi.

Niebo jaśniało, las nabierał kontrastu, po naszej prawej stronie promienie wschodzącego słońca delikatnie tkały wątek dnia pomiędzy osnową drzew, po przeciwnej oświetlając soczyście ciepłym światłem ich korony i wydobywając z cienia pnie.

Gdy byliśmy już blisko Stawu Łęg, las jakby zaczął wyrastać z wody. Wysokie drzewa ze spokojem przeglądały się w jej połyskujących srebrem i złotem lustrach, zwiewne mgły otulały miękko wystających gdzieniegdzie połaci poszycia i unosząc się ku wierzchołkom drzew, rozpraszały w sobie światło poranka.

Chłodny błękit mieszał się z różem, złotem i srebrem, zielonkawa szarość z fioletem, dając cudowne świetlne tło dla delikatnego rysunku granatowo-czarnych gałązek, na których gdzieniegdzie jaśniały maleńkie, soczyście zielone pąki liści.

Tak, to był iście baśniowy las. Nic nie mąciło jego obrazu, tak cudnie namalowanego przez Naturę.

Gdy dotarliśmy nad Staw Łęg, słońce już wzeszło. Nad wodą unosiła się jeszcze mgła i pokrzykiwania wodnych ptaków. Ponieważ teren, na który akurat dotarliśmy, jest ogrodzony (no cóż, szkoda), mogliśmy przyglądać się im tylko zza płotu. Zajęte sobą, nie zwracały na nas uwagi.

Staliśmy tak dłuższą chwilę, ja z postanowieniem, że jeszcze tu wrócę, by znaleźć dojście nieogrodzone, chłonąc wszystkimi zmysłami cudowny poranek. W dali bielały brzozy, w powietrzu unosił się zapach butwiny, a tuż przy nas szemrała Wolbórka. To jej wody rozlewały się w lesie i na mokradłach.

W drodze powrotnej znów mijaliśmy baśniowy las. Jaśniał, iskrzył się, migotał. A ja już wiem, jakże prosty może być przepis na niego: wstać wcześnie, iść o świcie do lasu, znaleźć dobre miejsce i cierpliwie czekać, aż wzejdzie słońce. A potem doświadczać go wszystkimi zmysłami, dać ponieść się radości i zabrać w pamięci jego obraz ze sobą, by został w niej na zawsze.

Po powrocie do domu czułam się, jakbym wróciła z dalekiej wyprawy w nieznane. A przecież byłam tak niedaleko, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów i kilkadziesiąt minut od domu. Jakże względny jest czas i odległość, gdy w zwyczajnych rzeczach dostrzeże się ich niezwykłość. Bo każdy las może być być baśniowy.


Więcej informacji o Stawie Łęg i okolicznym lesie podam Ci w następnym wpisie, byś mógł zaplanować sobie wycieczkę.


Fotorelacja z baśniowego lasu i znad Stawu Łęg

 

 

Wędruję i piszę. Wędruję, bo każdy czas jest dobry, by wyruszyć w świat. Piszę, by oswajać przemijanie i inspirować do wędrówek. “Opowieści Wędrowne” to blog o tym, co możesz znaleźć, będąc w drodze.

Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Kasia
Kasia
5 miesięcy temu

Pięknie tam jest. Chętnie bym się wybrała, ale nie mam z kim, a sama tak do lasu trochę się boję ☹️

Akacja
5 miesięcy temu

Las jest wdzięcznym tematem do zdjęć. Mieszkam prawie w lesie. Często bywam w dzikich miejscach.