Umarła. Tak, wiem, to niemądre pisać o roślinie – umarła, zamiast tak zwyczajnie – uschła albo zmarniała. Ale dla mnie jest żywą istotą. Morwa. Moje drzewko.
Sadziłam ją własnymi rękami trzy lata temu, kiedy dopiero zaczynałam swoją – jak się potem okazało – trudną drogę z budową domku pod lasem i przeprowadzką na wieś.
Wówczas byłam pełna nadziei, potem pełna zniechęcenia i rozżalenia, że wszystko idzie nie tak, jak miało być. Ale teraz, kiedy już mieszkam w moim drewniaku i tworzę ogród, znowu powoli napełniam się nadzieją i wrastam w tę ziemię.
Zupełnie jak moja morwa i inne drzewka, które posadziłam. I teraz już wiem, że na wszystko potrzeba czasu. Bo moja morwa jednak wcale nie umarła.
Tak myślałam, gdy patrzyłam na nią jeszcze trzy tygodnie temu. Pąki wydawały się martwe, gałązki ponad miarę zdrewniałe, kruche niczym stare kości. Już prawie podjęłam decyzję, by ją wyciąć, pozbyć się niczym wyrzutu sumienia.
Aż tu pewnego ranka, gdy robiłam mój poranny rytualny obchód po ogrodzie, dostrzegłam na niej życie – pąki napęczniały i zaczęły rozchylać się, ukazując ślicznie żywo zielone listki. Morwa żyła.
Dopiero potem, gdy przeczytałam gdzieś, że te drzewa wstrzymują się z wiosenną eksplozją liści do czasu, kiedy naprawdę jest szansa na ciepłe dni i noce, po raz kolejny przekonałam się, że w przyrodzie wszystko ma swoją mądrość i swój czas.
Natura jest cierpliwa. A ja?
Może tak bardzo chciałam mieć swój domek pod lasem, że podejmowałam zbyt pochopnie niektóre decyzję, które potem skutkowały kłopotami?
Może powinnam była na pewne rzeczy cierpliwie poczekać – jak ta morwa, która czekała na ciepło – i niczego na siłę nie przyśpieszać?
Może…
Dziś cieszę się, że moja morwa żyje, że jej nie wycięłam przed czasem, i że trudny czas dla mnie minął i mogę tworzyć swój ogród. Chcę, aby był w zgodzie z naturą, a ja w zgodzie z nim.
Teraz jest czas siania i sadzenia, czas wrastania i zakorzeniania się. Wszystko niech się dzieje w swoim czasie.
![]()