Trzęsacz, rok 1874. Ostatnia msza. A potem kościół powoli zabierało morze. Dziś została tylko część południowej ściany, tkwiącej na klifie niczym ostatnia zapora przed niszczycielskimi żywiołami: wodą i czasem.

Historia kościoła w Trzęsaczu zaczyna się w 1124 roku, kiedy to biskup Otton z Bambergu przeprowadził chrystianizację Pomorza Zachodniego. Trzęsacz, wówczas maleńka wioska rybacka, znajdowała się na trasie jego misji.

Wybrana przez Ottona pod budowę kościoła lokalizacja wydała się idealna. Samo centrum wsi, bo cóż może być ważniejszego niż kościół skupiający wiernych, szczególnie dopiero co włączonych do wspólnoty, postawiony w bezpiecznej od morza odległości prawie dwóch kilometrów. Kościół otrzymał wezwanie św. Mikołaja biskupa – świętego, który przychodził z pomocą w każdej potrzebie.

Ale morze i czas robiły swoje…

Pierwszy budynek kościoła miał konstrukcję drewnianą, typową dla dwunastowiecznych budowli. Na przełomie XIV i XV wieku w jego miejsce postawiono bardziej trwały budynek z cegły w stylu gotyckim. W XVI wieku, wraz z reformacją, budynek kościoła zmienił też proweniencję – będący początkowo kościołem katolickim stał się świątynią ewangelicką.

Morze i czas robiły swoje…

Fale podmywające brzegi wzniesienia, na którym położony był Trzęsacz, systematycznie zabierały w swe głębiny stały ląd. Z roku na rok, z wieku na wiek, cierpliwie, czasem po cichu, a czasem z hukiem sztormu morze coraz bardziej zbliżało się do kościoła. W połowie XVIII wieku jego odległość od klifu wynosiła zaledwie 58 metrów.

W 1772 roku w petycji do króla Prus Fryderyka Wielkiego wierni, widząc od strony morza zagrożenie dla budynku kościoła, prosili o środki na umocnienie nabrzeża. Prośbę oddalono. Powód? Oszczędności.

Morze i czas nadal robiły swoje…

W 1868 roku odległość od klifu wynosiła zaledwie metr, ale wierni jeszcze się gromadzili w świątynni. Przecież patron kościoła, św. Mikołaj, potrafi czynić cuda i przychodzi z pomocą w każdej potrzebie.

Sześć lat później, Wilhelm I Hohenzollern nakazał zamknąć kościół. Powód? Niebezpieczeństwo zawalenia się budowli. Ostatnią mszę odprawiono 2 marca 1874 roku, kościół zamknięto 2 sierpnia tegoż roku.

Wyposażenie, niezwykle bogate jak na tak małą, wiejską świątynię, rozeszło się „po świecie”. Dach kościoła i ścianę szczytową od strony zachodniej rozebrano. Pozostałe mury z ręcznie wyrabianej cegły zostawiono swojemu losowi. Już nie odbijały się od nich słowa modlitw, dźwięk organów ani pieśni wiernych. Odbijał się wiatr.

Morze i czas zrobiły swoje.

W 1900 roku morze zabrało pierwszy fragment północno-zachodniej przypory, w nocy, z 8 na 9 marca, runęła cała ściana północna.

Przez następne dziesięciolecia morze zabierało kolejne fragmenty budowli. Choć w 1958 roku objęto ruiny ochroną konserwatorską, to wówczas nic więcej nie można było zrobić.

W 1994 roku runął z klifu znaczny fragment ściany południowej, zupełnie jakby morze koniecznie chciało dopełnić dzieła zniszczenia, pochłonąć kościół do cna, tak by nie została po nim ani jedna cegła i na zawsze zniknął z ludzkiej pamięci.

Paradoksalnie, ten ostatni akt dewastacji morskiego żywiołu sprawił, że historia kościoła rozpoczęła się na nowo. Już nie jako świątyni, ale zabytku-symbolu niszczącej siły natury, którą czasami człowiekowi przy pomocy techniki udaje się poskromić.

W 2001 roku podjęto bowiem trudne prace budowlane, które przyniosły spodziewany efekt – wzmocniono klif i zatrzymano jego erozję. Reszta południowej ściany kościoła ocalała.

Gdy tak stałam na tarasie widokowym i patrzyłam na oświetlone słońcem pozostałości kościoła, przypomniała mi się Grecja z jej starożytnymi ruinami pałaców i świątyń.

Choć rodzaj budowli jest zupełnie inny – tu czerwona cegła, tam kamienie, to jednak niszczycielska siła czasu wszędzie zostawia podobne ślady.

Kruche, nadgryzione wiatrem, słońcem i deszczem mury, puste otwory okien, przez które już nikt nie wygląda, puste odrzwia, które już nie prowadzą do żadnego wnętrza i ta jakaś trudna do nazwania cisza, która jest tylko zasłoną dla gwaru, jaki kiedyś się w tych murach  rozlegał.

A może, gdzieś tam, w innym wymiarze, wciąż trwa msza w trzęsackim kościele?







Ps. Dla zainteresowanych szczegółami historii polecam opracowanie Pawła Pawłowskiego „Historia kościoła na klifie”. 

Jestem pisarką, podróżnikiem, wędrowcem, pasjonatką przyrody i historii medycyny. Opowiadam historie zakorzenione w świecie natury i dawnych księgach. W swoich opowieściach łączę to, co realne, z tym, co symboliczne. Między krokiem a oddechem rodzą się moje opowieści. Niech wędrują one z Tobą.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

2 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Tomek
Tomek
26 dni temu

Byłem tam kiedyś, chyba jeszcze przed zawlalnie się ściany.