Wreszcie zdecydowałam się przywrócić mu życie. Owinęłam go w prześcieradło, zapakowałam do bagażnika i pojechałam do lekarza czasu – zegarmistrza od najstarszych czasomierzy.
Byłam przekonana, że mój ponad stuletni zegar po babci całkowicie stracił już głos. Jakież było moje zdziwienie, gdy przez całą drogę, na każdej, nawet najmniejszej wyboinie, jęczał w rytm kołysania samochodu.
I to jak! Dźwięcznie, przenikliwie, wręcz radośnie! Stary jesteś, ale duszę masz wciąż młodą – pomyślałam, uśmiechając się do siebie. – No i jest nadzieja, że znowu zaczniesz chodzić. I to regularnie.
– Pani była umówiona? – zapytała kobieta, która wyłoniła się zza domu na dźwięk dzwonka do bramy.
– Tak, na dwunastą – odparłam.
– Proszę wejść, mąż pewnie jest w ogrodzie. – Kobieta wpuściła mnie do środka i zaprowadziła do pokoju. – Proszę tu odłożyć zegar i usiąść sobie, ja pójdę po męża.
Zostałam sama. Nie, wcale nie sama – były ze mną zegary. Dziesiątki zegarów. Jedne uśmiechały się wskazówkami podniesionymi w górę, inne wręcz przeciwnie – miały smutną lub zaciętą minę. Jedne milczały, inne wygrywały swe najlepsze melodie. Te wiszące wahały się nieustannie: w prawo czy w lewo? W prawo czy w lewo?
Zegary były wszędzie: na dużym, okrągłym, ciężkim stole, na komodzie, regałach, ścianach, kawowym stoliku, a dwa wisiały nawet na kaflowym piecu. Jeden z nich wyglądał jak kropielnica. Ogień i woda – pomyślałam – jedno i drugie oczyszcza czas.
Przeczytaj darmowy rozdział mojej książki!
Zastanawiasz się, czy ta książka jest dla Ciebie? Przeczytaj jeden rozdział zupełnie za darmo i przekonaj się, że nic nie jest tym, czym się wydaje.
📥 Przeczytaj darmowy rozdziałJedynymi wolnymi od zegarów miejscami były zielona sofa i dwa duże, aksamitne fotele o przetartych podłokietnikach. Usiądź – zapraszały, a ja już sama nie wiedziałam, czy to szepczą fotele, czy antyczne czasomierze.
– Dzień dobry – wyrwał mnie męski głos z zegarowego zauroczenia.
– Dzień dobry – odpowiedziałam, wyciągając rękę na przywitanie.
Mężczyzna w mocno dojrzałym wieku podał trochę nieśmiało dłoń – była ubrudzona ziemią. Uścisnęłam ją bez wahania. Uśmiechnęłam się, a on odpowiedział tym samym. W jego ciemnych oczach, otoczonych siatką głębokich zmarszczek, pojawiły się ogniki.
– Przyniosłam zegar. To ten w prześcieradle, Pana nowy pacjent – zażartowałam i kiwnęłam głową w stronę pakunku.
Zegarmistrz spojrzał na zawiniątko, potem na mnie.
– Proszę mi dać kontakt do siebie. Jak będzie gotowy, zadzwonię – odparł.
Nie pytał o nic, jakby wszystko wiedział i był całkiem spokojny o wynik terapii. Ja zresztą też. Może sprawił to jego głos – niski i spokojny jak tafla niezmąconego jeziora – a może zegary? Tyle ich było! Wyglądały zdrowo, choć przecież były wiekowe. Czy to wszystkie jego?
– Niektóre są na sprzedaż – odezwał się zegarmistrz, jakby czytał w moich myślach. – Te z pozytywką wygrywają naprawdę piękne, kojące melodie.
Czy potrzebuję nowego-starego zegara? Czy potrzebuję nowego czasu? – zastanawiałam się, obrzucając wzrokiem tę niezwykłą czasoprzestrzeń.
– Dziękuję – dodałam na głos. – Będę czekać na wiadomość.
Wychodząc, zerknęłam jeszcze na pakunek. Mój zegar nie był już sam.
![]()
Co o tym sądzisz?
Chcesz podzielić się swoimi wrażeniami, zadać pytanie lub podyskutować o tym temacie? Przenieśmy naszą rozmowę na Facebooka!
👉 Dołącz do dyskusji pod tym postem na Facebooku – to tam codziennie rozmawiamy i wymieniamy się doświadczeniami. Do zobaczenia w komentarzach!