Szłam brzegiem Wisły. Przede mną wznosiły się Tynieckie Wzgórza, z których wyrastały mury klasztoru. Moją uwagę jednak przykuło nagle coś innego – stary, drewniany stół.

Stał nad brzegiem, po drugiej stronie rzeki, w pobliżu suchych traw i krzewów. Ich gałęzie były jeszcze nagie i jedyną zielenią, jaka w ten marcowy dzień je ożywiała, była zieleń stołu. Choć poszarzała, to jednak widoczna, w ostrym marcowym słońcu wręcz jaskrawa.

Patrzyłam na ten stół z łuszczącą się farbą, stojący nad brzegiem rzeki, przy którym co najwyżej mogą usiąść ptaki. Jaka jest twoja historia? – pytałam się w myślach. I wtedy przyszły do mnie słowa.

Oto „Opowieść stołu, który przypomniał sobie, jak był dębem”.

Wynieśli mnie z domu i wystawili na zewnątrz. Przestałem być potrzebny, chwiałem się, moje ciało pokryte było rysami, w pęknięcia wżerał się brud. Kolor – niegdyś zielony, żywy, soczysty, świeży – wyblakł, zszarzał, zapadł się w sobie.

Wynieśli mnie z domu i wystawili na zewnątrz, bym – smagany wiatrem, biczowany deszczem – dokonał żywota. Spróchniał. Sczezł.

Wynieśli mnie na zewnątrz i zostawili. Stałem tak nad brzegiem rzeki, pochylony, z kulawą nogą i pękniętym sercem blatu, a gałęzie nadbrzeżnych krzewów drapały moją skórę.

I wtedy to poczułem. Poczułem kim byłem kiedyś.

Najpierw było to zaledwie lekkie drżenie, jakby oddech ziemi próbował przywołać mnie do żywych. Potem pulsowanie – jakby dawne soki znów zaczęły krążyć pod moją skórą.

Tak, poczułem to całym sobą – byłem kiedyś drzewem, wrosłym korzeniami w glebę, koroną sięgałem nieba.

Tylko jak mi było na imię? Jak?

Stałem tak nad brzegiem, a moje stare kości trzeszczały – imię, imię, imię! Dąb! Tak, zwali mnie kiedyś Dębem. I na to wspomnienie, gdzieś wyciągnięte z zakamarków sęków, przeszył mnie ból. Ból nie do zniesienia. I przypomniałem sobie wszystko.

Najpierw usłyszałem trzask. Nie w sobie, lecz tuż obok siebie. Ptaki poderwały się z gałęzi. Niebo nagle obróciło się w bok. Ziemia uderzyła mnie z siłą, jakiej nie znałem przez wszystkie lata mojego wzrastania. Korona ma już nie była schronieniem dla ptaków, ale przylgnęła do wilgotnej ziemi.

A potem pocięli mnie na deski. Tak, byłem dębem, a teraz jestem stołem – starym, drewnianym stołem, dębową trumną duszy drzewa, która wciąż jest we mnie. Aż zamienię się w próchno i wrócę do ziemi, by znów kiedyś rozkwitnąć zielenią liści. 

Czy wówczas dębem znów będę czy może innym drzewem? 


A Ty, czy pamiętasz, kim jesteś? 

Tynieckie wzgórza – miejsce historii i wyobraźni

 

Co o tym sądzisz?

Chcesz podzielić się swoimi wrażeniami, zadać pytanie lub podyskutować o tym temacie? Przenieśmy naszą rozmowę na Facebooka!

👉 Dołącz do dyskusji pod tym postem na Facebooku – to tam codziennie rozmawiamy i wymieniamy się doświadczeniami. Do zobaczenia w komentarzach!

Jestem pisarką, podróżnikiem, wędrowcem, pasjonatką przyrody i historii medycyny. Opowiadam historie zakorzenione w świecie natury i dawnych księgach. W swoich opowieściach łączę to, co realne, z tym, co symboliczne. Między krokiem a oddechem rodzą się moje opowieści. Niech wędrują one z Tobą.

1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Tadek
Tadek
2 miesiące temu

Poruszyła mnie ta opowieść stołu. Czasem czuję się tak jak on 🙁