Jorge z Burgos pokrywa trucizną karty zaginionej drugiej księgi Poetyki Arystotelesa, poświęconej komedii. Mnisi, zwilżając palce podczas przewracania opornych kart, przenoszą truciznę do ust i umierają. Charakterystycznym śladem są sczerniałe palce i języki ofiar.
Motyw trującej księgi w powieści „Imię Róży” Umberto Eco jest doskonały. Mamy w nim otrucie na odległość, opóźnione działanie oraz wykorzystanie niewinnego nawyku ofiary. Zbrodnia (prawie) idealna – odsuwa bowiem głęboko w cień tajemnicy sprawcę. Ale Eco nie był pierwszy ze swoim pomysłem.
Już w „Baśniach tysiąca i jednej nocy”, które powstawały na przełomie IX i X wieku w Bagdadzie, pojawia się motyw zatrutej księgi. I tak w „Opowieści o królu Junanie i mędrcu Dubanie” niesłusznie skazany na śmierć lekarz Duban ofiarowuje królowi niezwykłą księgę, która ma przemówić po jego egzekucji.
Karty są jednak puste i posklejane. Kierowany ciekawością król, chcąc je rozdzielić, raz po raz wkłada palec do ust. Nie wie, że każda strona została wcześniej zanurzona w truciźnie. Po przewróceniu kilku kart król traci wzrok, osuwa się z tronu i umiera. No cóż, zemsta czasem bywa trująca i dosięga zza grobu.
Z księgą, jako narzędziem zemsty, mamy też do czynienia w chińskiej legendzie dotyczącej powieści „Kwiaty śliwy w złotym wazonie” (Jin Ping Mei, przełom XVI i XVII wieku). Jej autor miał ją jakoby napisać specjalnie dla swojego wroga – mordercy swojego ojca, a następnie zatruć narożniki kart. Liczył podobno na to, że czytelnik zostanie pochłonięty przez tekst i będzie zwilżał palce, aby jak najszybciej przewracać strony.
Badacze podkreślają jednak, że jest to fałszywa opowieść o powstaniu dzieła, nie rzeczywisty przypadek, ale znakomicie pokazuje, jak dawno motyw zatrutej księgi funkcjonował w wyobraźni kulturowej.
Z XVII wieku pochodzi też inna opowieść o zatrutej księdze. W „Księżnej d’Amalfi” Johna Webstera – tragedii napisanej około 1612–1613 roku – kardynał zmusza swoją kochankę Julię do pocałowania zatrutej Biblii. Chwilę później bohaterka słyszy, że została otruta „tą książką”. Święta księga staje się tu narzędziem zabójstwa poprzez kontakt z ustami, dając niepokojące połączenie śmierci i erotyki, w dodatku w religijnym kontekście.
Po motyw zatrutej księgi sięgnął także Aleksander Dumas w powieści „Królowa Margot”. Katarzyna Medycejska przygotowuje zatrutą książkę o sokolnictwie (Traité de la chasse à l’autour), przeznaczoną dla Henryka Nawarskiego. Karty przywierają do siebie, więc czytelnik musi zwilżyć palec, aby je oddzielać. Książka trafia jednak do Karola IX. Król choruje, a jego pies ginie po pogryzieniu fragmentów papieru.
Dumas, inspirowany plotkami epoki, dodatkowo wkłada w usta bohaterów informację, że podobna księga miała wcześniej posłużyć do otrucia wielu osób. Od razu trzeba dodać, że jest to oczywiście element czarnej legendy Katarzyny Medycejskiej, a nie potwierdzony fakt historyczny.
Trujące księgi – nie tylko fikcja literacka
Ale motyw zatrutej księgi to nie tylko fikcja literacka. Wróćmy do XV wieku. Mamy rok 1425. 6 stycznia umiera Jan III Bawarski, zwany też Janem Bezlitosnym – książę Bawarii-Straubing i władca Holandii. Coś musiało być nienaturalnego w tej śmierci, skoro na książęcym dworze pojawia się szybko pogłoska o otruciu.
Podejrzanym staje marszałek dworu Jan van Vliet, który miał posmarować wolno działającą trucizną karty książeczki do nabożeństwa. Jan III – jak to chyba dawniej w zwyczaju bywało – zwilżał palce podczas przewracania stron i przez wiele miesięcy miał przyjmować niewielkie ilości trującej substancji.
Van Vliet został stracony i według przekazów przyznał się do zamachu, ale zeznanie uzyskano pod torturami. Dlatego współcześni historycy formułują to ostrożnie: książę prawdopodobnie został otruty, lecz nie ma pewności, że właśnie modlitewnikiem ani że opowiadana później wersja wydarzeń jest całkowicie prawdziwa.
Historia trującego modlitewnika pojawia się także w XIX wieku. W 1867 roku miał miejsce proces Francuzki Madame Sophie Frigard, która została skazana za zamordowanie swojej znajomej – wdowy Mertens, a narzędziem zbrodni miał być zatruty arszenikiem modlitewnik.
Po procesie dokładniej przebadano modlitewnik. Pomiędzy oznaczonymi stronami znaleziono małe kawałki papieru nasycone arszenikiem – każdy miał podobno zawierać ilość wystarczającą do zabicia człowieka.
Nie ma jednak wystarczająco mocnego dowodu, że Frigard zamierzała otruć kogoś przez lizanie kart; książka służyła raczej jako dyskretny schowek na gotowe porcje trucizny. Ponieważ informacja o tej historii pochodzi z doniesień prasowych z 1867 roku, a nie z zachowanego pełnego raportu toksykologicznego, wymaga więc ostrożności w ocenie, czy madame Frigard była morderczynią, czy nie.
I jest jeszcze jeden ciekawy motyw ksiąg naprawdę trujących, choć nieprzeznaczonych do zabijania. Mianowicie w XIX wieku część książek oprawiano w tkaniny barwione pigmentami zawierającymi arsen. Współczesny Poison Book Project zidentyfikował arsen między innymi w zielonych płóciennych oprawach, wyklejkach, etykietach i barwionych brzegach bloków książek. Substancja może odspajać się w postaci pyłu, który trafia na dłonie lub jest wdychany.
Najbardziej niezwykłym przykładem jest wydana w 1874 roku książka lekarza Roberta Kedziego „Shadows from the Walls of Death”. Miała ostrzegać przed tapetami arsenowymi, dlatego wklejono do niej autentyczne próbki 86 tapet. W ten sposób autor stworzył książkę o truciźnie, która sama rzeczywiście zawierała truciznę. Zachowane egzemplarze przechowuje się i digitalizuje z zachowaniem specjalnych środków bezpieczeństwa.
Tak, księgi mogą zabijać, gdy człowiek umyślnie czyni z nich narzędzie zbrodni. Nie byłoby ono jednak skuteczne, gdyby nie ciekawość i głód lektury po stronie ofiary.