Nie chciałam wydawać setek złotych, a potrzebowałam kurtki. Takiej do lasu. Do pobrudzenia, a gdy się podrze, będzie ją można wyrzucić bez żalu. Poszłam do lumpeksu. Po raz pierwszy od lat.

Najpierw uderzył mnie zapach – ostry, chemiczny, wcinający się w nozdrza niczym małe sztylety – potem feeria wzorów i barw. A jednak nie było w nich radości. Spowijała je jakaś szarość, otaczał jakiś cień. Starości? Zużycia? Niespełnionych nadziei? No cóż, świat szmat – pomyślałam.

Podeszłam do wieszaka z kurtkami. Wisiały ściśnięte, jedna przy drugiej, zupełnie pozbawione ciała. Wyglądały jak wylinki, z których uciekło całe życie. Zaczęłam je przesuwać na drążku, jakbym chciała dać im trochę oddechu.

W dotyku jedne były szorstkie, jakby broniły się przed czułością, wystawiając zmierzwienia tkaniny niczym kolce. Inne znowu zupełnie gładkie, wręcz śliskie, wymykające się dłoniom, niechętne do przymierzenia. Jeszcze inne były sztywne, niedające się ująć w żaden sposób w miękki fałd. Żadna mi nie pasowała. A ja też nie pasowałam żadnej.

Poszłam więc na stoisko z bluzkami. Ich wiotkie, długie rękawy pozbawione dłoni wyraźnie ciągnęły ku ziemi. Te z krótkimi wyglądały jak torsy z kikutami. Wśród bluzek były takie, które śmiały się z tego półokrągłym wycięciem dekoltu – zbyt głębokim już jak na mój wiek.

Inne krzywiły się markotnie bliżej nieokreślonym kształtem wcięcia na głowę. Jeszcze inne pięły się wysoko pod szyję stójką lub kołnierzykiem – czyżby miały nadzieję, że jeszcze kiedyś obejmą ją i poczują tętno? Nie wybrałam żadnej, wszystkie były „nie moje”.

Moją uwagę przykuły wreszcie szale. Te poukładane w ciasną, równą kostkę, nie były w stanie pokazać całej swej urody, o ile ją w ogóle miały. Tkwiły tak na ladzie niczym nagrobki kwater urnowych; ich wzory były jak napis: urodził się, umarł, żył lat tyle i tyle. Długość szala – długość życia.

Były też inne szale. Takie, które zwisały z wieszaka. Ciekawe, czym sobie zasłużyły na taką ekspozycję? Wyglądały bowiem niczym wierzby płaczące, lecz pozbawione dotyku wiatru, który ożywia ich witki. Też nie wybrałam żadnego.

Owszem, był jeden, który mi się nawet spodobał, w którym dostrzegłam coś więcej niż starą tkaninę, ale gdy otuliłam się nim, choć był niezwykle lekki – poczułam ciężar. On też nie był mój.

Nie chcę już używanej kurtki – pomyślałam nagle, omiatając wzrokiem sklep. I poczułam, że natychmiast muszę stąd wyjść – z tej duchoty zapachów i ciężaru tkaninowych szeptów. Idź sobie stąd, idź sobie – słyszałam gdzieś w głowie.

Wyszłam. Podmuch zimnego wiatru wtargnął pod moją brodę, zadrżałam, zapięłam się więc pod szyję, wtulając głowę w ciepło i miękkość kołnierza. Ruszyłam. I nagle dotarło do mnie: kurtka! Przecież ta kurtka, którą mam na sobie, też nie była kupiona nowa! – aż przystanęłam.

Dlaczego więc dziś tak bardzo nie pasowały mi te używane ubrania? A może to ty zostałaś odrzucona? Choć ta myśl uderzyła mnie całym impetem swojego absurdu, to jednak dotknęłam mojej kurtki na piersiach, a potem objęłam się, jakbym chciała ją pocieszyć. Widocznie nie pasujesz do tamtego towarzystwa – szepnęłam. Chodź, idziemy na kawę.

Kilka minut później siedziałam w kawiarni. W powietrzu unosił się słodki zapach migdałów i palonych ziaren kawy. Zza lady dochodziło obiecujące bulgotanie ekspresu. Rozejrzałam się, pod oknem siedziała jakaś para, obok dwie dziewczyny, w głębi starszy mężczyzna, spoglądający co chwila na zegarek – pewnie czekał na kogoś.

Na wieszaku przy drzwiach wisiały wierzchnie okrycia.

Moja kurtka leżała obok mnie na fotelu.


A to tak a propos używanych rzeczy, tym razem książek: NOWE CZY UŻWANE?

 

Tchnienie rzeczy: Stary zegar

 

Jestem pisarką, podróżnikiem, wędrowcem, pasjonatką przyrody i historii medycyny. Opowiadam historie zakorzenione w świecie natury i dawnych księgach. W swoich opowieściach łączę to, co realne, z tym, co symboliczne. Między krokiem a oddechem rodzą się moje opowieści. Niech wędrują one z Tobą.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów