Lizanie pędzla podczas malowania miniatur było na porządku dziennym, ale nie dlatego, że iluminatorzy lubili podjadać pigmenty. Lepka ślina sprawiała, że włosie pędzla „trzymało fason”, ułatwiając malowanie. W ten sposób jednak mnisi kumulowali w sobie trucizny.
Pigmenty stosowane w średniowiecznej iluminacji pochodziły z trzech królestw natury: mogły być mineralne, roślinne i zwierzęce. I właśnie te pierwsze, często drogie i o pięknych kolorach, były niezwykle toksyczne. Praca w skryptorium była więc zajęciem wysokiego ryzyka, gdyż iluminatorzy regularnie mieli kontakt z ołowiem, rtęcią i arszenikiem, co prowadziło do przewlekłych zatruć.
Trujący był np. aurypigment – minerał arsenu – o pięknym złocistym kolorze. O toksycznych właściwościach tego pigmentu pisał np. Cennino Cennini w „Rzecz o malarstwie” (ok. 1400 r.): „Jest on w istocie sztuczny i sporządzony z alchemii, i jest naprawdę trujący (…) Strzeż się, abyś nie zabrudził nim ust, by ci nie zaszkodził.” Ostrzeżenie było jasne: nie jedz tego, nie wkładaj do ust.
Trująca była pomarańczowo-czerwona minia, czyli tlenek ołowiu, oraz cinnabaris – cynober, czyli siarczek rtęci, dający jaskrawą czerwień. Nawet zwykła biel, zwana bielą ołowiową, także była niezwykle toksyczna.
O tym, że minerały zawierające ołów i rtęć sa truciznami, pisał już w starożytności Pliniusz Starszy w swojej „Historii Naturalnej” – dziele, które w średniowieczu traktowano jak encyklopedię-wyrocznię.
Pliniusz wspominał np. o robotnikach wydobywających czerwony pigment (cinnabaris), którzy zakładali na twarze maski z pęcherzy zwierzęcych, by nie wdychać czerwonego pyłu, który był „zgubny dla oddychających”. Średniowieczni mnisi, czytający Pliniusza, znali więc te ostrzeżenia.
Teofil Prezbiter w „O sztukach rozmaitych” (XII w.) opisywał np. procesy obróbki rtęci i ołowiu. Choć skupiał się na technice, z opisów skomplikowanych pieców i naczyń wynika, że opary rtęci traktowano jako coś niebezpiecznego, co należy izolować.
Bardzo popularnym pigmentem, otrzymywanym już w alchemicznym, średniowiecznym laboratorium, był verdigris (grynszpan) o zielonej barwie. Chemicznie to zasadowy octan miedzi uzyskiwany z płytek miedzianych wystawianych na działanie octu. Miał właściwości silnie drażniące i toksyczne. Cennini pisał też, że pigment ten: „psuje się na powietrzu i niszczy inne kolory”.
Trucizny i lizanie pędzla
Choć średniowieczni rzemieślnicy wiedzieli, że niektóre pigmenty to trucizny, to jednak ich wiedza była niepełna. Rozróżniali substancje powodujące natychmiastową śmierć od tych bezpiecznych, ale nie rozumieli mechanizmu przewlekłego zatrucia, czyli kumulowania się przez lata metali ciężkich w organizmie prowadzącego do uszkodzenia narządów..
Głównym powodem był jeden, techniczny nawyk, trudny do wyplenienia – ślinienie pędzla.
Aby namalować precyzyjny włos anioła czy cieniutką linię inicjału, pędzel z włosia wiewiórki czy kuny musiał mieć idealny szpic. Najłatwiej i najszybciej uzyskiwało się go, wkładając końcówkę pędzla do ust i formując ją wargami. W ten sposób iluminatorzy regularnie „zjadali” mikroskopijne dawki ołowiu (biel, minia), rtęci (cynober) i arszeniku (auripigment).
Kolorowe trucizny – co na to medycyna?
Choć średniowieczna medycyna nie znała pojęcia „toksykologia”, opisywano specyficzne dolegliwości artystów i rzemieślników pracujących z pigmentami.
I tak np. znano objawy typowe dla zatrucia ołowiem – tzw. kolki ołowiczej, którą w późniejszych wiekach nazwano „chorobą malarzy”. Objawiała się ona silnymi bólami brzucha, zaparciami, bladością skóry („cera ołowiana”), a ostatecznie paraliżem rąk (co dla iluminatora było końcem kariery) i uszkodzeniem mózgu. Było to skutkiem pracy z bielą ołowiową i minią.
Znano też tzw. drżenie rtęciowe, które było następstwem pracy z cynobrem (siarczkiem rtęci), prowadzącym do uszkodzenia układu nerwowego. Objawiało się to drżeniem kończyn, chwiejnością emocjonalną, a nawet stanami lękowymi i szaleństwem. Istnieje hipoteza, że niektóre wizje mistyczne mnichów mogły być indukowane neurotoksynami.
Powszechne wśród iluminatorów były też problemy z zębami. Często obserwowano wypadanie zębów i czarne obwódki na dziąsłach (tzw. rąbek ołowiczy Burtona) – bezpośredni skutek kontaktu błon śluzowych z metalami.
Dowodów na powszechny wśród iluminatorów zwyczaj lizania pędzli dostarcza nam też współczesna nauka, np. archeologia sądowa, czyli badanie szkieletów ze średniowiecznych cmentarzy klasztornych.
I tak np. w 2019 r. naukowcy zbadali szkielet kobiety z klasztoru w Dalheim (Niemcy, XI/XII w.), znajdując w w kamieniu nazębnym jej zębów mnóstwo cząsteczek lapis lazuli – pięknego, niebieskiego pigmentu.
Choć lapis nie jest trujący, to odkrycie jest jednak dowodem koronnym na to, że iluminatorki (bo mniszki również tym się zajmowały!) nagminnie lizały pędzle. A skoro w zębach tej „Błękitnej Mniszki” – bo tak naukowcy nazwali ten przypadek – został niebieski lapis, to w zębach innych z pewnością zostawały ołów i rtęć.
Diabeł tkwił w pigmencie
No cóż, choć średniowieczni iluminatorzy wiedzieli, że „diabeł tkwi w pigmencie”, to jednak presja stworzenia dzieła doskonałego na chwałę Bożą często wygrywała z ostrożnością.
Cierpienie fizyczne (bóle brzucha, wypadanie zębów) bywało wręcz interpretowane jako forma ascezy lub ofiary ponoszonej przy pracy nad Świętą Księgą. Był to też rodzaj zawodowego ryzyka, wpisanego w koszt tworzenia piękna, które dziś możemy podziwiać.
I może właśnie dlatego średniowieczne iluminacje mają w sobie coś szczególnego. Ich kolory są nie tylko świadectwem kunsztu, lecz także milczącą opowieścią o pracy ludzi, którzy – często nie w pełni świadomi zagrożenia – zamieniali minerały, metale i proszki ziemi w obrazy przeznaczone dla wieczności.
Bez sensu wiedzieć że farby trują i malkowa.