Weronika obudziła się z niepokojącą myślą, że myśli. Myśli o nim. I myśli, czy on myśli o niej, o Weronice. Pogoda była tego ranka słoneczna. I była sobota. Cóż począć z tak pięknym dniem?

Gdy piła poranną kawę, zaczęła być zła na siebie. Za te myśli – o nim. Czy zadzwoni? Pewnie nie, nie ma powodu, aby dzwonił. Chociaż, kiedyś zadzwonił, właśnie w sobotę, i ku jej zaskoczeniu wybrali się razem do parku. Nie sami, z dziećmi, ale razem.

To było dziwne spotkanie. Wiosna, a jakby jesień. Nie sami, a jakby sami byli. Tyle lat minęło, a jakby czas się zatrzymał. Inni, a jakby tacy sami. Wtedy też miała natrętne myśli o tej bezpiecznej odległości między nimi. Nie za blisko. Tak, jakby nigdy nic, tylko znajomi. I tak chodzili wokół swoich dzieci, dzieci chodziły wokół siebie. I ona i on zrobili im kilka zdjęć. I nie już nic nie czuła.

Ale gdy podała mu mandarynkę do ust, już sama nie wie, co poczuła. Na pewno coś. A przecież nie wolno jej czuć. Ale wiedziała, że tej soboty on nie zadzwoni.

W południe wybrała się więc z koleżankami do sklepu, co zajęło kilka godzin. To takie dziwne, ludzie chodzą, oglądają, wkładają coś do koszyka, płacą. A potem resztki wyrzucają do kosza. I znowu idą na zakupy. I nie wiedzą, że kupują nie spełnione marzenia, niezaspokojone zmysły. Wróciła zmęczona.

Weronice pozostało jeszcze całe sobotnie popołudnie i czuła się jak w klatce. Kuchnia, pokój, łazienka, kuchnia, przedpokój, drugi pokój, balkon. Książka, komputer, telewizor, książka. I sama się sobie dziwiła, jak kiedyś mogła siedzieć każdą sobotę w domu i nawet jej przez myśl nie przeszło, że można ją spędzić inaczej.

Czy aż tak bardzo się zmieniła w ciągu tych trzech miesięcy? Każdego dnia próbuje ułożyć sobie, czego tak naprawdę chce. Tego dnia też zaczęła o tym myśleć. Czego chce teraz? W tej chwili? I gdy wreszcie uświadomiła sobie tę myśl, uświadomiła sobie to pragnienie, to aż spojrzała w lustro.

Nie, to nie możliwe, aby mogła tego chcieć. To takie straszne, takie tragiczne, takie niepojęte, obce, nieznane. Ale oczy potwierdzały, że tego chce. Teraz, natychmiast. Dzisiaj, jutro i zawsze.

Dotknęła ręką do twarzy, aby sprawdzić, czy to aby jej odbicie. To była ona. I usłyszała swój własny głos – „tak, ja chcę… kochać”.

Była tak zaskoczona tym odkryciem, że pobiegła czym prędzej do łazienki. Spojrzała na półkę – nie ma. Na podłogę – nie ma. W szufladzie – nie ma. Poszła do sypialni – nie ma. Nie ma, nigdzie nie ma – po prostu ona nie ma już maski! Zapomniała o tej masce, a może gdzieś ją zgubiła? A może jej nigdy nie miała? A może sprzedała? Już nawet nie pamięta. A sklepów z maskami nie ma.

Musi więc ją zrobić sama. Tylko z czego się robi maskę miłości? Nie pamięta, a przepis zgubiła. Gdzie? Kiedy? Też nie pamięta. A może go nigdy nie znała?

W nocy śnił jej się znowu ten sam las i ta sama droga.


Ta opowiadanie-miniaturka z cyklu “Tydzień z życia Weroniki” powstało prawie 20 lat temu. Tak więc wszelkie podobieństwa do masek przeciwepidemicznych jest przypadkowe i całkowicie niezamierzone. Także Weronika to nie alter ego autorki, choć w sumie z pisarzami to nigdy nie wiadomo. A z pisarkami tym bardziej 😉 

Wędruję i piszę. Wędruję, bo każdy czas jest dobry, by wyruszyć w świat. Piszę, by oswajać przemijanie i inspirować do wędrówek. “Opowieści Wędrowne” to blog o tym, co możesz znaleźć, będąc w drodze.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments