Była na cmentarzu. Chodziła między grobami, jakby czegoś szukała. Wpatrywała się w napisy nagrobne, ale nie była w stanie żadnego odczytać – wszystkie się rozmywały, jakby ktoś chciał je zetrzeć, pozostawiając groby bezimienne.
Chodziła między tymi grobami ze swoim nieżyjącym już mężem. Nie dziwiło jej to. Przecież nie było w tym nic nienaturalnego – cmentarz i nieżyjący mąż. Gdzie przecież miał być, jak nie tu, na cmentarzu?
A potem siedzieli razem na ławce i on powiedział do niej: – Wiesz, żenię się, ale nie wiem, czy dobrze robię. – Zapadła cisza. Ona przytuliła się do jego pleców. Też nie wiedziała. I wtedy pojawił się wąż. Wypełzł spod ławki.
Żmija? – zaczęła się zastanawiać ona. – A może kobra? – myślała, przyglądając się wężowi, który coraz bardziej unosił łeb. – Uważaj! – powiedziała już na głos do nieżyjącego męża, jakby ten wąż mógł mu jeszcze coś zrobić. Nie mógł. – To gniewosz – odparł on uspokajająco. Nie była pewna. A jednak chwyciła się tej myśli: gniewosz, niegroźny. Wąż oddalił się i znikł.
I wówczas pojawiły się kruki. Może było ich cztery, a może pięć. A może to były gawrony lub czarne wrony? Latały między grobami, przysiadywały, znowu latały, szeroko rozpościerając zupełnie bezgłośnie skrzydła. Majestatyczne, ubrane w czarne fraki z białymi wypustkami. Strażnicy ciszy – pomyślała ona.
***
Gdy się obudziła, była jeszcze noc. Na suficie błąkały się ledwie widoczne w wypełniającej pokój ciemności cienie drzew. Dookoła panowała niczym nie zmącona cisza. Taka, jaka panuje na granicy jawy i snu, ciemności i światła, w której mieszczą się wszystkie dźwięki, ale żaden jeszcze nie jest tym pierwszym, który zabije ciszę.
Ona też tego nie chciała. Leżała nieruchomo i tylko jej oddech – miarowy, spokojny jak niezmącona tafla jeziora – wyznaczał upływ czasu niczym zegar. Tik-tak, wdech-wydech. To sen – pomyślała, wpatrując się w cienie na suficie. Skrzydła…
***
Poranek wdarł się pod powieki, nie czekając na zaproszenie. Otworzyła oczy, ostatnia klatka snu zniknęła bezpowrotnie. Kawa! Tak, potrzeba mi kawy – pomyślała, podnosząc się z łóżka. Poszła do kuchni, nastawiła wodę, już po chwili para unosiła się radośnie nad kubkiem gorącej kawy.
Wzięła łyk, ciepło rozlało się przyjemnie w brzuchu. Kot łasił się jej do nóg, jakby chciał zasłużyć na poranny posiłek. Spojrzała przez okno na rozległe łąki. Na niebie majaczyła sylwetka myszołowa. Skrzydła…
To sen – zamruczał kot.
![]()
Bardzo mnie poruszyła ta powiastka, sama nawet ne wiem dlaczego.
Czy jest w tym jakiś watek autobiograficzny?