Przylatuje o zmierzchu, siada wysoko na gałęzi i zaczyna swój wieczorny koncert, który trwa aż do ostatniego promienia słońca. Kos.

Mój kos, bo tak go nazywam, towarzyszy mi od kilku miesięcy. Wsłuchuję się w jego śpiew, siedząc wygodnie na tarasie w fotelu, którego oparcie otula mnie niczym skrzydła ptaka. Gdy zamykam oczy, już sama nie wiem, co unosi moje myśli – śpiew kosa, czy skrzydła fotela? Podróżuję w czasie i przestrzeni.

***

Tak było wczoraj. I choć mój śpiewający kos nie ma nic wspólnego z grecką wyspą Kos, to właśnie na niej wylądowały moje myśli. Co więcej, przebyły one nie tylko tysiące kilometrów, ale też tysiące lat.

Trafiły do czasów, gdy wyspą władali Minojczycy i budowali świątynie bogowi Apollinowi, mitycznemu ojcu samego Asklepiosa, uważanego za boga-patrona medycyny. On, w kolejnych wiekach, już za czasów Mykeńczyków, też doczekał się swoich świątyń. Nie były one jednak tylko miejscami kultu. Były także miejscami praktyk leczniczych. Nazywano je asklepionami.

To do nich przybywali chorzy, spragnieni uzdrowienia, czy to przy boskiej, czy ludzkiej pomocy. I to w nich zapadali w sen, który był zarówno metodą stawiania diagnozy, jak i elementem leczenia.

– Co ci się śniło? – pytał zapewne kapłan-lekarz. A chory wówczas opowiadał swój sen. Już to, że był wysłuchany, mogło sprawiać, że czuł się lepiej. I tak upływały kolejne dni, aż diagnoza została ustalona i leczenie zaordynowane.

Ale w tych asklepionach było coś jeszcze. Węże. Zupełnie niejadowite, pełzały sobie swobodnie po świątynnej lecznicy. Nie bez powodu. Wąż, jako symbol, atrybut samego boga Asklepiosa, nadawał całemu procesowi wymiar mistyczny, ale też działał psychologicznie.

Czyż to nie wąż zrzuca starą skórę, by wyjść z niej z nowym ciałem? Czyż chory nie chciał zrzucić z siebie gorsetu choroby i wyjść zdrowy? Chciał. I niesiony wiarą w swoje uzdrowienie często z choroby wychodził.

A potem w Grecji pojawili się jońscy filozofowie przyrody, którzy zadawali sobie pytanie o początek wszystkiego – o tę pierwotną zasadę – arche – z której wszystko się wywodzi. I różne dawali odpowiedzi.

Dla jednych był to ogień. Dla innych powietrze albo woda, dla jeszcze innych apeiron – tajemniczy bezkres. To właśnie pytania o początek wszystkiego zrodziły naukę, bo od pytań się ona bierze, nie od odpowiedzi.

I zrodziły coś jeszcze – medycynę – tę mniej mistyczną, a bardziej materialną, mniej niebiańską, a bardziej ziemską. Jej największym, starożytnym przedstawicielem, do którego jeszcze dziś się odwołujemy, był Hippokrates z wyspy Kos – zwany potem ojcem medycyny.

Bazując na koncepcjach filozofów przyrody, stworzył humoralną teorię patogenezy chorób. I tak pojawiły się cztery elementy: krew, żółta żółć, czarna żółć i śluz, które miały określone jakości. Krazja – była stanem dynamicznej równowagi tych elementów i zdrowia, dyskrazja – stanem wytrącenia z tej równowagi i choroby.

Zadaniem lekarza-filozofa, było rozpoznanie po objawach, który z elementów uległ zaburzeniu i zastosowanie odpowiedniego leczenia, przywracające harmonię między nimi. Nie było w tym świątynnego mistycyzmu. Była już naukowa próba wyjaśnienia tego, co się dzieje w ciele człowieka w zdrowiu i w chorobie.

A jednak pomiędzy tymi nurtami – nurtem medycyny kapłańskiej i nurtem medycyny hipokratejskiej, na której wyrosła współczesna medycyna – nie było żadnego konfliktu. Bo ciało i duch były wówczas dla Greków jednością. Także wąż – symbol boga Asklepiosa, nie został odrzucony, a stał się symbolem-emblematem lekarzy hipokratejskich, których zresztą nazywano asklepiadami.

***

Siedziałam w fotelu, wędrując myślami po starożytnej Grecji i wyspie Kos, aż mój kos przestał śpiewać. Było już zupełnie ciemno. Dlaczego jego śpiew, choć kos-ptak nie ma nic wspólnego z Kos-wyspą, mnie tam zaprowadził? Nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie. Pewnie przez przypadek – pomyślałam.

Człowiek jednak bardzo potrzebuje wyjaśnień, z przypadkami źle sobie radzi. Zaczęłam więc szukać znaczeń. Kos-wyspa i kos-ptak, żadnego związku znaczeniowego poza takim samym brzmieniem słowa i zapisem. A jednak coś znalazłam.

Poszłam za kosem-ptakiem tropem moich medycznych rozważań i jakie było moje zaskoczenie, gdy się okazało, że ptak-kos odgrywał pewną rolę w dawnej medycynie ludowej.

I tak, według starych przesądów, zawieszenie na nitce pióra z prawego skrzydła kosa nad łóżkiem miało uleczyć domowników z bezsenności lub odwrotnie – w pewnych regionach uważano, że odpędza ono letarg i zbytnie lenistwo. Czyż to nie cudowne, że kos – ptak, który tak lubi śpiewać o zmierzchu – ma moc zarówno sprowadzania snu, jak i uwalniania od nadmiernej senności?

Ale to nie wszystko. Ze względu na piękny, czysty i donośny głos kosa, w niektórych tradycjach europejskich ponoć wierzono, że kontakt z tym ptakiem lub symboliczne (sic!) zjedzenie potrawy z niego pomaga na schorzenia krtani, utratę głosu oraz uciążliwy kaszel. Była to typowa dla medycyny ludowej zasada analogii. 

Czasem jednak kos, by móc pomóc człowiekowi, musiał umrzeć i oddać swoje serce. Dawni znachorzy i „lekarze” ludowi wierzyli, że serce kosa ma potężną moc oczyszczającą. Podłożenie serca kosa pod poduszkę śpiącego pacjenta miało zmusić go do wyjawienia ukrytych lęków, win lub prawdy o swoich dolegliwościach, co ułatwiało postawienie „diagnozy”. Brzmi jak echo dawnych praktyk w asklepionach, gdy sen był sposobem dotarcia do źródła choroby i uzdrowienia. 

Trzeba jednak oddać, że klasyczna medycyna ludowa rzadko „przetwarzała” te ptaki na leki, jeśli już, to do receptur wykorzystywano pióra kosa. Do dziś w niszowej homeopatii tradycyjnej stosuje się preparaty na bazie piór, które dawniej miały rzekomo pomagać w stanach głębokiej melancholii, lęku i wycofania społecznego.

Nie trzeba się jednak uciekać do wyrywania kosom piór albo ich szukania, by przyrządzić z nich lekarstwo na smutki i lęki. Wystarczy usiąść o zmierzchu, wsłuchać się w śpiew kosa i dać się ponieść. Czy myśli uniosą się na jego skrzydłach, czy skrzydłach fotela – nie ma znaczenia.


Kos. Opowieść o pewnym skojarzeniu


Kos. Opowieść o pewnym skojarzeniu



 

Jestem pisarką, lekarzem i wędrowcem. Słowem i obrazem opowiadam historie zakorzenione w świecie przyrody i dawnych księgach, szukając w nich tego samego: ludzkiego doświadczenia, pamięci i sensu. Moimi przewodnikami są szepty starych drzew, zapach ziemi i echo dawnych czasów, ukryte w ciszy dróg i bezdroży.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów