Pani A. od kilku lat narzekała na złe samopoczucie. Zmęczenie, migreny, bóle ciała były jej codziennością, do której już przywykła. Akceptowała nawet pojawiające się na skórze czarne, drobne punkciki przypominające wągry.

Gdy jednak pewnego ranka zauważyła w skórze małe, różnokolorowe drobne „sznureczki”, których pełno było także w pościeli, i poczuła intensywne swędzenie, wiedziała, że dzieje się z nią coś złego, czego nie potrafi zrozumieć. Zrozumienia nie znalazła też u najbliższych. Gdy została u niej rozpoznana choroba psychiczna – parazytoza urojeniowa, jej życie legło w gruzach. I nie tylko jej.

W USA od początku XXI w. lawinowo zaczęła rosnąć liczba podobnych przypadków. Do lekarzy zgłaszali się zrozpaczeni pacjenci, skarżący się na męczące doznania czuciowe: „pełzanie”, „szczypanie” lub „drapanie” pod skórą, pojawianie się w niej „włóknopodobnego materiału” oraz złe samopoczucie i zaburzenia pamięci. Ponieważ badania nie wykazywały przyczyn somatycznych, lekarze rozpoznawali parazytozę urojeniową.

Z psychiatryzacją cielesnych dolegliwości i rozpoznaniem „parazytoza urojeniowa” nie chciała się pogodzić Marie M. Leitao, mieszkanka Kalifornii, która niepokojące objawy chorobowe zauważyła u swojego dwuletniego syna. Nie doczekawszy się rozpoznania, przejrzała dawną literaturę medyczną i natrafiła na artykuł, w którym opisano „dziwne” schorzenie – morgellons.

Krótka historia morgellons

Termin ten został po raz pierwszy użyty w XVII w. przez lekarza T. Browne’a na określenie choroby występującej endemicznie u małych dzieci w Langwedocji. Głównym objawem było pojawianie się włosów na plecach, czemu towarzyszył nasilony kaszel i konwulsje. Inni opisywali napady płaczu, brak apetytu, wyniszczenie oraz niewyjaśnione zmiany w skórze. Dla jednych były to robaki, sugerujące pasożytniczą etiologię choroby. Dla innych, jak dla Browne’a, były to włosy lub szczecina.

W kolejnych wiekach pojawiło się jeszcze wiele różnych opisów, które nie przyniosły rozwiązania zagadki, a nazwa morgellons poszła w zapomnienie.

Teorie etiologiczne morgellons

Przypomniała ją M. Leitao, wykorzystując na określenie nowej, jak sądziła, nieznanej choroby przypominającą nieco tą sprzed wieków. Założona przez nią w 2002 r. fundacja zaczęła zbierać informacje o zachorowaniach.

Pierwsze zgłoszenia pochodziły z Kalifornii, następne z Teksasu i Florydy, a potem z pozostałych stanów. Do 2006 r. zarejestrowano 2 tys. przypadków, w 2008 było ich już 12 tys. Niezwykłość objawów morgellons powodowała pojawienie się wielu teorii etiologicznych. Wskazywano na czynniki infekcyjne. Wśród podejrzanych patogenów była wywołująca boreliozę Borellia burgdorferi.

Twierdzono też, że pojawiające się w skórze „twory” są podobne do struktur, jakie rozwijają się w długotrwałych kulturach komórkowych, zainfekowanych niektórymi wirusami. Sugerowano, że może to dawać objawy parazytozy „bez pasożytów”, czyli parazytozy urojeniowej, w której to różne odczucia wcale nie byłyby urojeniem, ale rzeczywistością. Pojawił się też wątek związku morgellons z uprawami GMO.

Wobec nacisku opinii publicznej rządowe CDC w Atlancie podjęło wkrótce decyzję o przeprowadzeniu badań naukowych, mających wyjaśnić zagadkę. Wykonano badania epidemiologiczne oraz laboratoryjne materiału pobranego od chorych, w tym analizę włókien, jakie ponoć występowały w skórze. Opublikowane w 2012 r. wyniki wykazały jednak, że w ciałach pacjentów brak jest obcych organizmów, a tajemnicze włókna pochodzą z… ubrań.

(fot. Zdjęcie włókien, które miały być wyciągnięte ze skóry, źródło: http://www.morgellons.org/symptoms.htm)

A jednak parazytoza urojeniowa…

Większość badaczy uważa, że, niestety, Pani A. cierpiała jednak na parazytozę urojeniową. Chorzy często nie chcą pogodzić się z takim rozpoznaniem. Dla potwierdzenia obecności pasożytów przynoszą w pudełkach różne „twory”, jakoby wyjęte ze skóry, by lekarz mógł je zobaczyć na własne oczy i uwierzyć w ich istnienie. W psychiatrii objaw ten nazywany jest „matchbox sign”.

Szukając pomocy u dermatologów, chorzy oczekują potwierdzających ich przekonania badań oraz leczenia dermatologicznego. Zwykle też nie chcą podjąć leczenia psychiatrycznego, ponieważ odrzucają chorobę psychiczną, jako źródło swoich skórnych dolegliwości.

Ale…

Jednak nie wszyscy się z tym zgadzają. Kolejne badania bowiem wykazały, że włókna nie są zanieczyszczeniami, lecz białkami (keratyna i kolagen) produkowanymi przez organizm w odpowiedzi na infekcję. Istnieje też silna korelacja między chorobą Morgellonów a boreliozą (infekcją wywoływaną przez Borrelia burgdorferi). Co ciekawe, choroba występuje również u zwierząt (bydło, psy), co podważa teorię o urojeniach.

Dlatego też obecnie choroba Morgellonów jest definiowana jako dermopatia o niewyjaśnionym podłożu, która może mieć komponent zarówno zakaźny, jak i psychiczny (wtórne urojenia wynikające z chronicznego, niezrozumianego cierpienia).

A jaka jest prawda?

***

Dla zainteresowanych tematem polecam wersję rozszerzoną, czyli mój artykuł o charakterze naukowym pt. MORGELLONS DAWNIEJ I DZIŚ – CHOROBA CIAŁA CZY UROJENIA?, opublikowany w piśmie „Kultura i Historia”. Ponieważ pochodzi on z 2011 roku, nie uwzględnia nowszych badań, dlatego zachęcam też do poszukania nowszych publikacji na ten temat. 

Jestem pisarką, lekarzem i wędrowcem. Słowem i obrazem opowiadam historie zakorzenione w świecie przyrody i dawnych księgach, szukając w nich tego samego: ludzkiego doświadczenia, pamięci i sensu. Moimi przewodnikami są szepty starych drzew, zapach ziemi i echo dawnych czasów, ukryte w ciszy dróg i bezdroży.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze